Warszawa, 13.03.2002

 [pełen tekst, bez skrótów]

 

Front terroru przeciwko terroryzmowi

czyli niskie sny o potędze

Walka z terroryzmem międzynarodowym jest pretekstem do ograniczania swobód demokratycznych i budowania państwa policyjnego w miejsce społeczeństwa otwartego. Jest to walka ze społeczeństwem.

Piotr Balcerowicz

 

Rzadko świat bywa tak zgodny i zjednoczony - można było pomyśleć - gdy po 11 września 2001 r. w unisono rozbrzmiewały głosy potępienia ataku terrorystycznego na Światowe Centrum Handlu, łącząc tak odległych od siebie przywódców jak George W. Bush i Wladimir Putin, prezydent Pakistanu gen. Perwez Muszaraff i indyjski premier Atal Behari Vajpayee, papież Jan Paweł II i ajatollah Ali Chamanei, Yasser Arafat i Ariel Szaron.

Mohamad Nokkari, naczelnik Urzędu ds. Dekretów (Dar-Al-Fatwa), najważniejszej instytucji dla muzułmanów-sunnitów, rozpoczął rozmowę ze mną - jaką odbyliśmy w Bejrucie w połowie lutego b.r. - od deklaracji złożonej w imieniu swoim i Wielkiego Muftiego, zwierzchnika sunnitów w Libanie: “Zdecydowanie potępiamy zjawisko terroryzmu i opowiadamy się za muzułmańsko-chrześcijańskim zbliżeniem”. W tym samym czasie izraelski minister spraw zagranicznych Szimon Peres powtórzył do dziennikarzy po raz kolejny jak mantrę: “Zawsze podkreślałem, że powinniśmy się skoncentrować na walce z terrorem” (10.02, za libańskim “Daily Star”), a palestyńska organizacja Al Fatah ponownie potępiła “terroryzm państwowy” w wydaniu izraelskich sił okupacyjnych.

Nośność hasła “walki z terroryzmem” dowodzi, że protagoniści, posługując się nim w mediach, opisują odmienne zjawiska i stosują to pojęcie do różnych kontekstów, a międzynarodowa koalicja do walki ze “światowym terroryzmem” opiera się na logicznym błędzie ekwiwokacji: ruchy i ugrupowania, które z różnych względów dążą do zmiany w sytuacji w danym regionie, podciągnięte zostają pod ten sam mianownik jako organizacje terrorystyczne, destabilizujące pokój. Tym samym usprawiedliwione stają się wszelkie akcje zmierzające do zniszczenia tych ugrupowań.

Amerykańskie wezwanie do walki ze światowym terroryzmem szybko zostało podchwycone przez Rosję, czego wyrazem była wypowiedź prezydenta Putina z 19 września 2001 r. w Soczi podczas “roboczego” urlopu, kiedy wyraził gotowość do szerokiej współpracy. Próbując uprzedzić obawy obserwatorów, że Rosja w ten sposób chce rozwiązać problemy kaukaskie, amerykański sekretarz stanu Collin Powell podkreślił, że Rosja nie wiąże swojej współpracy w ramach koalicji antyterrorystycznej z kwestiami obrony przeciwrakietowej, rozszerzeniem NATO czy problemem czeczeńskim. Takie zapewnienie ze strony sekretarza stanu USA mimochodem wskazało - wbrew intencjom samego Powella - właściwe motywy stojące za rosyjską decyzją. Potwierdził to sam Putin 24 września, bezpośrednio wiążąc kwestię czeczeńską z rosyjską zgodą na działania antyterrorystyczne w Afganistanie: deklarując rosyjską gotowość do współpracy wywiadowczej, do prowadzenia operacji ratowniczych i do udostępnienia rosyjskiej przestrzeni powietrznej dla transportów humanitarnych w ramach akcji antyterrorystycznych, prezydent Putin ogłosił jednocześnie 72-godzinne ultimatum dla partyzantów czeczeńskich, przeznaczone na ich ujawnienie się i rozbrojenie. Porozumienie rosyjsko-amerykańskie znalazło bezpośredni wyraz w milczącym przyzwoleniu Zachodu na “antyterrorystyczne” operacje rosyjskie na Kaukazie i w sposobie relacjonowania sytuacji czeczeńskiej w mediach: “bojownicy” czeczeńscy zostali przemianowani na “terrorystów”, tylko sporadycznie “czeczeńskich separatystów”. Nagle pojawiły się liczne doniesienia, że po stronie Czeczenów walczą Arabowie i partyzanci powiązani z al-Kaidą. O tym, że powiązania między al-Kaidą a niektórymi Czeczenami istnieją, miałem okazję przekonać się na własne oczy w lipcu i sierpniu 2001 r., zwiedzając po stronie Zjednoczonego Frontu w Afganistanie obozy jenieckie, w których przebywali talibowie i bojownicy al-Kaidy, i mając okazję zamienić parę zdań z dwoma Czeczeńcami, którzy walczyli po stronie talibów. Nie jest to wystarczający powód do uogólnień o terrorystycznym charakterze walk w Czeczenii, gdyż wówczas logika zmuszałaby nas także do uznania następującego fałszywego wnioskowania za prawomocne: “Skoro po stronie al-Kaidy walczył Amerykanin J. Walker, a w USA przebywali terroryści, to USA są krajem wspierającym terroryzm”.

Relacje prasowo-telewizyjne z natury cechuje skłonność do uproszczeń, co jest warunkowane zdolnością rozumienia i analizowania przeciętnego odbiorcy: problem suwerenności narodu czeczeńskiego oraz kwestia notorycznego łamania praw człowieka w Czeczenii zostały zdominowane przez wątek terrorystów i islamskich fundamentalistów, którzy znajdują schronienie w takich miejscach, jak Czeczenia.

Postawa prezydenta Putina została natychmiast podchwycona przez przywódców państw środkowoazjatyckich, w tym przez prezydenta Uzbeksitanu Islama Karimowa, którzy potwierdzili swą zgodę na udostępnienie swoich baz i przestrzeni powietrznej USA w ramach walki z terrorem. Ta gotowość do współpracy w ramach światowej koalicji antyterrorystycznej osłabia ostrze krytyki pod adresem rządów państw środkowoazjatyckich, gł. Uzbekistanu i Turkmenistanu, które nagminnie łamią prawa człowieka, a hasła walki z terroryzmem i fundamentalizmem islamskim stosują od lat jako narzędzie walki z opozycją polityczną. Rząd Uzbekistanu przyznaje, że wyroki odbywa siedem tysięcy osób skazanych za przekonania religijne, choć opozycja koryguje te dane: w przepełnionych aresztach przetrzymywanych jest bez wyroku sądu ponad 100 tysięcy osób, które są zastraszane i szantażowane, wobec których stosuje się na porządku dziennym tortury i fabrykuje dowody. Podobnie w Turkmenistanie od lat obowiązuje zakaz działalności partii i stowarzyszeń odwołujących się do założeń islamu, a obecność obcokrajowców jest ściśle kontrolowana. Pojęcie wolnej prasy stało się całkowitą fikcją nawet w kraju uznawanym jeszcze do niedawna przez obserwatorów za quasi-oazę demokracji w Azji Środkowej, w Kirgistanie. Finansowe wsparcie zza granicy stanowi podstawę do zamknięcia tytułu, a nowe akty prawne, których celem jest przekształcenie postradzieckiej ekonomii w gospodarkę rynkową i wprowadzenie przekształceń własnościowych, wykorzystywane są jako system kontrolowania mediów. W ten sposób w ciągu ostatnich dwóch lat wyeliminowano w Kirgistanie całkowicie zjawisko prasy niezależnej: urynkowienie cen papieru rozprowadzanego przez hurtownie (wciąż) państwowe (lub kontrolowane przez oligarchów powiązanych z prezydentem Akajewem) oraz kosztów druku w drukarniach (wciąż) państwowych doprowadziło do zamknięcia wszystkich niezależnych tytułów. Taki los spotkał m.in. spółkę Osz Press wydającą ostatnią niezależną gazetę w Kirgistanie: ubiegłej wiosny gazeta zmuszona była ogłosić upadłość. Cena prasy niezależnej w rezultacie trzykrotnie przewyższała cenę gazet rządowych, a w tym samym czasie hurtownie i drukarnie stosowały ogromne upusty (refundowane przez władze) dla prorządowych.

Prawdą jest, że istnienie organizacji odwołujących się do idei islamu w Azji Środkowej w niektórych wypadkach faktycznie może stwarzać realne zagrożenie dla demokracji i stabilności tego obszaru w dalszej perspektywie. Rządy Tadżykistanu i Uzbekistanu uznały za organizację terrorystyczną Partię Oczyszczenia (Hizb ut-Tahrir), która w sposób klasyczny ilustruje to zjawisko. Powstała w latach pięćdziesiątych w środowisku uchodźców palestyńskich w Jordanii jako reakcja na utworzenie państwa Izrael, partia ta powoływała się od początku na hasła odnowy społeczno-państwowej w duchu islamu. Do Azji Środkowej (Uzbekistan) przywędrowała w połowie lat dziewięćdziesiątych, by w 1998 roku rozciągnąć swoją działalność na Tadżykistan, a jesienią 2001 r. - na Kirgistan. Według nieoficjalnych danych w samym tylko tadżyckim mieście Chodżencie ma ponad 1000 aktywistów. Jak wiele innych organizacji tego typu podejmuje przede wszystkim działalność społeczną, filantropijną i humanitarną: finansuje budowę szkół przymeczetowych i druk książek (gł. religijnych), tworzy kasy zapomogowo-pożyczkowe, organizuje system opieki zdrowotnej, dystrybucję odzieży i żywności dla najuboższych, wspiera domy dziecka oraz rodziny zastępcze itp. Tego typu aktywność zjednuje tego typu organizacjom popularność w krajach, gdzie nastąpił niemal całkowity rozpad struktur państwa, które nie może zaspokoić nawet najbardziej podstawowych potrzeb swoich obywateli.

Partia ta wpisuje się w nurt panislamizmu: idei jednego państwa wszystkich muzułmanów. “Program politycznej partii ‘Hizb ut-Tahrir’” wskazuje, że jej głównym celem jest wprowadzenie na całym świecie kalifatu, i określa szczegółowo zasady religijno-prawne takiego państwa. Rządy państw - zaliczony został tu nawet Iran i Arabia Saudyjska - nie stosujące się do reguł religijnych szariatu uznane zostały za państwa grzeszne (dar al-kufr). Punkt 2, § 9.20 “Stosunki międzynarodowe” precyzuje: “Wszystkie pozostałe kraje świata (tj. nie wchodzące w skład kalifatu - P.B.) na Wschodzie i Zachodzie uważa się za dar al-kufr (“świat grzeszny” - P.B.) i potencjalnie dar al-harab (świat wojny)”. Punkt 4 precyzuje: “Do krajów, z którymi nie zawieramy umów, należą mocarstwa kolonialne i imperialistyczne, takie jak USA, Wielka Brytania i Francja oraz państwa, które okupują ziemie muzułmańskie, takie jak Rosja. Te narody znajdują się w stanie potencjalnej wiecznej wojny (Kafir Harb-i Hukman) z kalifatem” (podkreślenia oryginału). Cele swoje Partia Odrodzenia realizuje w praktyce, głosząc ideę bezwarunkowego wypełniania nakazów islamu (jihad-i fikr), a w dążeniu do przejęcia władzy w krajach, w jakich podejmuje działalność, dopuszcza także użycie przemocy, jeśli środki pokojowe okażą się niewystarczające. Należy jednak podkreślić, że do tej pory partia ta nie podejmowała żadnych działań noszących znamiona działalności terrorystycznej czy niezgodnej z prawem, poza rozpowszechnianiem ulotek i literatury propagującej swoją działalność.

Niezwykle istotne, acz nie zawsze łatwe, jest zatem odróżnienie organizacji potencjalnie groźnych od stowarzyszeń religijnych podejmujących akcje humanitarne. W większości finansowane są one z trzech rodzajów źródeł zagranicznych. Iran wspiera organizacje szyickie, podczas gdy Arabia Saudyjska, Jemen itp. finansują działalność ruchów sunnickich, w tym wahabitów, która koncentruje się na tworzeniu tradycyjnych ośrodków nauczania przy meczetach. Odmienny typ wsparcia prezentują organizacje tureckie, które tworzą szkolnictwo na poziomie średnim i wyższym o charakterze świeckim (wzorem są tu idee Atatürka) oraz infrastrukturę (np. budowa dróg). Niezwykłą popularnością cieszy się w Tadżykistanie (gł. w Pamirze), Afganistanie północnym i Kirgistanie południowym zakrojona na szeroką skalę działalność Fundacji Aga Khana, na której czele stoi Aga Khan, przywódca ismailitów, nieortodoksyjnego odłamu szyitów, odwołujących się do tradycji Ismaila, najstarszego syna piątego immama. Poprzez liczne córki-stowarzyszenia (np. Aga Khan Humanities Project) fundacja ta od podstaw buduje drogi, szpitale, szkoły, a w latach 1999-2000 niwelowała skutki klęski głodu w Tadżykistanie. Największym obecnie projektem jest Uniwersytet Azji Środkowej, budowany w Chorogu, miasteczku na granicy tadżycko-afgańskiej. Działalność Fundacji Aga Khana nie ogranicza się do terenów historycznie związanych z ismailitami, gdyż jedne z najlepszych - i bezpłatnych! - szpitali na wschodnim wybrzeżu afrykańskim (np. w Kenii i Tanzanii), o czym sam mogłem się przekonać, powstały i są utrzymywane z funduszy tej fundacji. Choć trudno zarzucić jej jakąkolwiek działalność antypaństwową, władze środkowoazjatyckie zapatrują się na jej poczynania nieufnie, gdyż jej aktywność wiąże się budowaniem postaw obywatelskich i wzrostem świadomości społecznej, która może przekładać się na krytykę grup sprawujących obecnie władzę i nie wywiązujących się z podstawowych obowiązków, jakie spoczywają na rządzie. W sposób naturalny edukacja, a co za tym idzie wzrost świadomości i rozwój postaw obywatelskich, oznacza uwrażliwienie na otaczające problemy i spotęgowanie zmysłu krytycznego, co nie zawsze jest na rękę elitom rządzącym.

W tak złożonym kontekście należy odczytywać aprobatę władz państw środkowoazjatyckich dla amerykańskiego wezwania do walki z terroryzmem. Udział w koalicji antyterrorystycznej usprawiedliwia w tych krajach przypadki łamania praw człowieka i dławienia swobód obywatelskich, osłabia ewentualne potępienie ze strony organizacji broniących praw człowieka i wzmacnia pozycję przywódców tych państw na arenie międzynarodowej i wewnętrznej.

Osobnym czynnikiem jest dążenie państw WNP do wyrwania się z orbity wpływów Rosji. Doskonałą ilustracją spoza kontekstu środkowoazjatyckiego jest Gruzja, która ostatnio zawarła porozumienie z USA w sprawie obecności na terytorium gruzińskim amerykańskich żołnierzy. Mieliby oni przeprowadzać szkolenia sił gruzińskich, przygotowując je do walki z oddziałami terrorystycznymi al-Kaidy, przebywającymi na terytorium Gruzji w Wąwozie Pankisi. Należy się spodziewać, że USA zastosuje także w tym wypadku tzw. “model filipiński”: obecność wojskowych specjalistów-szkoleniowców będzie w rzeczywistości pretekstem do włączenia amerykańskich komandosów do bezpośrednich walk z terrorystami, a następnie stopniowego wciągania Gruzji w sferę wpływów amerykańskich.

Prezydent Edward Szewardnadze wspiera tę akcję, gdyż widzi w niej szansę na odzyskanie przy okazji spornej Abhazji, którą utracił w 1993 roku - był to najpoważniejszy uszczerbek w całej jego karierze. Pomimo wcześniejszych zaprzeczeń samego Szewardnadze, domysły te potwierdził 28 lutego gruziński minister spraw wewnętrznych Mamuka Nachkebia w wywiadzie dla gruzińskiej telewizji: “Jestem głęboko przekonany, że Abhazja utrzymuje kontakty z al-Kaidą. Pojawili się tam arabscy muzułmanie oraz obywatele niektórych krajów afrykańskich”. Tego samego dnia w wywiadzie dla prywatnej stacji gruzińskiej Rustavi-2 sam Szwardnadze starał się pomniejszyć znaczenie amerykańskich planów, pośrednio ujawniając jednak rzeczywiste zamiary: “Gdybym twierdził, że Amerykanie bardzo pragną ustanowić tutaj stałą bazę wojskową, to nie do końca miałbym rację”. Na pytanie, czy przewiduje wspólne operacje wojskowe z siłami amerykańskimi w przyszłości, gruziński prezydent odpowiedział: “Nie wykluczam takiej ewentualności, ale sądzę, że nie będzie to konieczne”.

Z punktu widzenia USA celem działań - określanych jako akcje antyterrorystyczne - jest nie tylko ustanowienie przyszłej bazy wojskowej czy pragnienie stabilizacji i pokoju w regionie, ale także trudny problem wydobycia ropy naftowej ze złóż kaspijskich i jej transportu. Ropa naftowa - palna i lepka substancja - z równą łatwością zaognia sytuację w regionie, co spaja pozornie niespójne światopoglądy i zantagonizowane strony. Tym łatwiej, gdy realizacji takich koncepcji sprzyja nowa idea: walki z terroryzmem, która ma tendencję do bycia odkrywanym w miejscach o strategicznym znaczeniu dla gospodarek krajów rozwiniętych.

Jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych podejrzewano, że złoża kaspijskie mogą przewyższać wszelkie ostrożne szacunki. Potwierdziły to ostatecznie próbne odwierty przeprowadzone przez niezależne firmy zachodnie w 1991 roku. Dodatkowo dzięki znacznemu postępowi technologicznemu okazało się, że wydobycie ropy z dotychczas znanych złóż, uważanych za nieopłacalne, jest jak najbardziej rentowne. Podstawową wartością złóż kaspijskich w oczach Ameryki od początku była ich relatywna niezależność od Rosji i krajów OPEC. Od upadku ZSRR koncerny amerykańskie liczą na ogromne zyski z odwiertów w takich krajach jak Azerbejdżan, Gruzja czy Turkmenistan, choć w wyścigu tym wciąż przoduje Rosja, czego najlepszym przykładem było otwarcie 6 sierpnia 2001 r. rurociągu łączącego kazachski Tengiz z rosyjskim porcie w Noworosyjsku. Z punktu widzenia założeń strategicznych USA warunkiem korzystania z tych złóż jest nie tylko ich niezależność od OPEC i Rosji, ale także bezpieczeństwo gazo- i ropociągów. Poprowadzenie ich w linii prostej np. z Baku w Azerbejdżanie do Turcji natrafia na naturalną etno-polityczną przeszkodę: Armenię i resentymenty azersko-ormiańskie oraz ormiańsko-tureckie. Stąd już w 1999 r. amerykańskie koncerny zaczęły opracowywać alternatywny rurociąg przez Gruzję łączący Baku–Tibilisi–Ceyhan. Rysująca się obecnie w ramach walki z a-Kaidą możliwość zaznaczenia obecności USA w Gruzji otwiera wyjątkowe perspektywy o charakterze bynajmniej nie militarnym dla Amerykanów, a wyraźnie artykuowane protesty Rosji związane z planami wysłania amerykańskich oddziałów do Gruzji nabierają zupełnie innego wymiaru.

Na przeciwległym brzegu Morza Kaspijskiego rozciągają się złoża, których dostępność dla Amerykanów przestała być mrzonką po 27 października 1991 roku. Wówczas to ogłoszono niezależność Turkmenistanu, mimo że sama idea niepodległości została odrzucona w referendum przeprowadzonym w Turkmeńskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej kilka miesięcy wcześniej. Wkrótce później, 8 grudnia 1991 r., formalnie przestał istnieć ZSRR. Na czele nowego państwa turkmeńskiego stanął Saparmurat Nijazow, który jako “Turkemnbaszi” (“Ojciec Turkmenów”) realizuje do tej pory politykę tyleż niezależną od Rosji, co autorytarną, a w dążeniu do poszukiwania sojuszników przez lata współpracował z reżimem talibów, choć nigdy ich oficjalnie nie uznał. Turkmenistan czerpał korzyści sprzedając talibom broń i tolerując na swoim terytorium przemyt narkotyków z Afganistanu. Od początku w interesie Turkmenistanu, który pragnął eksportować ropę niezależnie od Rosji, leżały dobre stosunki z jakąkolwiek władzą panującą nad całym Afganistanem. To nie przypadek, że decyzję o finansowym poparciu dla medres Talibów, które zaczęły gwałtownie się rozwijać w Pakistanie zachodnim, graniczącym z Afganistanem od 1992 r., Amerykanie podjęli właśnie wówczas, pod sam koniec 1991 r. W tym świetle staje się jasne, dlaczego Amerykanie podjęli tak nieobliczalną w skutkach decyzję, by w konflikcie afgańskim postawić w latach dziewięćdziesiątych na Talibów jako siłę “neutralną”, tj. zarówno wolną sympatii rosyjskich, jak to miało miejsce w przypadku Sojuszu Północnego związanego z Ahmadem Szahem Masudem czy oddziałów uzbeckich związanych z Abdulem Raszidem Dostumem, oraz pozbawioną akcentów antyamerykańskich, czego przykładem był Gulbuddin Hekmatjar. Amerykanie wiązali z Talibami nadzieje, że ci doprowadzą do stabilizacji w kraju targanym nierozstrzygalną wojną domową po wyjściu zeń ostatnich oddziałów radzieckich 15 kwietnia 1989 r., a w rezultacie możliwym stanie się projekt rurociągu turkmeńskiego. Takie plany leżały na sercu także władzom cywilnym Pakistanu, które od początku popierały podpisanie kontraktu na budowę rurociągu łączącego kaspijskie złoża w Turkmenistanie z pakistańskim portem Karaczi nad Oceanem Indyjskim. Na początku października 1996 r., w niespełna tydzień po tym, jak 27 września oddziały talibów - w towarzystwie 2000 regularnych żołnierzy armii pakistańskiej - wkroczyły do centrum Kabulu, podpisano wstępne porozumienie obejmujące talibów, rząd Pakistanu oraz amerykańską firmę Unocal i saudyjską Deltę. Umowa przewidywała budowę rurociągu, łączącego bezpośrednio złoża dauletabackie w Turkmenistanie i pakistańską rafinerię w Multanie nad rzeką Indus - poprzez terytorium Afganistanu. Po dwóch latach tymczasowo odstąpiono od tych planów, kiedy się okazało, że walki w Afganistanie nie ustały i nie utworzono rzeczywistego rządu. Unocal i Delta wycofały się z tego niepewnego przedsięwzięcia w 1998 roku[1].

Wiadomo, że obecnie prowadzone są zakulisowe rozmowy z rządem Afganistanu na ten temat, a w wywiadzie udzielonym 22 stycznia b.r. w języku dari (afgańskim dialekcie perskiego) dla afgańskiego tygodnika “Omaid Weekly” podczas swojej wizyty w USA tymczasowy premier Sajed Hamid Karzaj wyraził się przychylnie o takich planach: “Jeszcze nie rozmawialiśmy o szczegółach takiego ropo- i gazociągu. Ale skoro firmy amerykańskie są gotowe, by taki ropo- i gazociąg wybudować, to Afganistan może tylko na tym skorzystać, a my jesteśmy gotowi wysłuchać skonkretyzowanych już propozycji.” W ciągu najbliższego roku będziemy zapewne świadkami przygotowań do realizacji tego projektu, a jednym z elementów przygotowawczych jest w tej chwili “Operacja Anakonda” - największa do tej pory amerykańska akcja wojskowa w Afganistanie - w okolicach Szah-i-Kot na wschodzie i niedaleko miasta Gardez na południu.

Katastrofalnym skutkiem światowej kampanii przeciwko terroryzmowi jest podejście do praw człowieka. Jaskrawym tego przykładem jest Tybet i Wschodni Turkestan (zachodnia prowincja Xinjiang) - dwa obszary pod chińską okupacją, gdzie nagminnie dochodzi do drastycznego naruszania praw człowieka i procesu wyniszczania lokalnych kultur. Chińczycy skwapliwie wykorzystują ideę walki z terroryzmem niszcząc wszelkie przejawy społecznego niezadowolenia. Dążenie do zdominowania liczebnego i kulturowego wszystkich mniejszości na terenie Chin uzasadniane jest nie tylko obroną przed terroryzmem ale także potrzebą przestrzeni życiowej - Lebensraum. Obywatele Tybetu i Ujgurzy zamieszkujący Wschodni Turkestan na każdym kroku napotykają przeszkody, by kultywować swoje tradycje i religię (odpowiednio buddyzm i islam). Mają praktycznie odcięty dostęp do urzędów, wymiaru sprawiedliwości czy lepiej płatnych miejsc pracy, gdyż albo w ogóle nie znają chińskiego, albo w stopniu niewystarczającym. Z kolei ich języki narodowe, tybetański i ujgurski z rodziny języków tureckich, nie są uznawane za pełnoprawne: do niedawna nawet posługiwanie się publicznie tym ostatnim było zakazane. Oba kraje okupowane przez Chiny są stopniowo coraz bardziej zaludniane przez ludność chińską, która dominuje w administracji i handlu. W Tybecie Chińczycy już stanowią większość mieszkańców, a zgodnie z przewidywaniami rządu w Pekinie, w ciągu 2-3 lat Chińczycy będą stanowili także ponad połowę ludności Wschodniego Turkestanu (Xinjiang).

W sytuacji, kiedy USA łamie prawa człowieka przy okazji działań antyterrorystycznych, dużo trudniej krytykować takie przypadki naruszeń w samych Chinach czy Rosji. Doskonale ilustruje to reakcja rosyjskiego MSZ z dnia 7 marca b.r. na doroczny raport amerykańskiego Departamentu Stanu o prawach człowieka. Krytykuje się w nim działania armii rosyjskiej, która “przejawia w Czeczenii bardzo mało szacunku dla podstawowych praw człowieka”. Rosjanie natychmiast ripostowali, że amerykański Departament Stanu powinien zatroszczyć się o przestrzeganie praw człowieka w samych Stanach Zjednoczonych, w tym o wciąż stosowaną karę śmierci.

Afganistan miałby być wzorcowym obszarem, na jakim prowadzona jest walka z terroryzmem. Można by się zapytać: z jakim dotychczas skutkiem?

Akcja amerykańska została potraktowana przez samych Afgańczyków jako mniejsze zło od talibańskiego, ale bynajmniej nie było to rozwiązanie najlepsze z wówczas dostępnych. Działania te prowadzone były przy całkowitym braku zrozumienia specyfiki afgańskiej struktury społecznej i uwarunkowań kulturowych. W dużym skrócie na tamtym terenie współwystępują i zazębiają się trzy wykluczające się wzajemnie porządki i systemy wartości: silny indywidualizm oparty na pojęciu honoru (nanga), zespół uniwersalistycznych zasad islamu oraz powinności wynikających z centralistycznie sprawowanej władzy przez emira (po 1923 r. - przez króla). Wszystkie najbardziej kluczowe aspekty zostały naruszone w trakcie amerykańskiej akcji w Afganistanie.

Afgańczycy już przed laty zrozumieli, że władza centralna nie musi być sprawowana przez króla - może on zostać zastąpiony przez obieralny rząd. Co istotne, nawet emir afgański - a tym bardziej premier - był przede wszystkim koordynatorem działań politycznych jako równy swoim współobywatelom, i był powoływany na ten urząd w drodze wyboru (np. przez Wielkie Zgromadzenie (Loja Dżirga). Zasada ta została obecnie naruszona poprzez narzucenie osoby premiera rządu tymczasowego. Często - nawet w afgańskich środowiskach emigracyjnych w USA, a zatem zdawałoby się proamerykańskich - wytyka się obecnemu rządowi Karzaja “marionetkowość” i zbytnie podporządkowanie woli rządu USA. Pod adresem Karzaja podają oskarżenia o jego czołobitność w stosunku do USA i amerykańskich zasobów finansowych. Doskonałą ilustrację może być już sam tytuł artykułu redakcyjnego najbardziej wpływowego na świecie tygodnika afgańskiego “Omaid Weekly” z dnia 18 lutego b.r.: “Czy David Ben-Gurion pierwszy premier Izraela w latach 1948-53 i 1955-63 - P.B.] objąłby Hitlera [w geście przebaczenia]?” W samym artykule czytamy, że “wizyta [Karzaja w Pakistanie] w poważnym stopniu nadwerężyła godność i prestiż heroicznego narodu Afganistanu. (...) To międzynarodowa koalicja na czele ze Stanami Zjednoczonymi (...) - stosując metodę marchewki i kija” zmusiła Karzaja do tego gestu, “który splamił honoru Afganistanu”. Należy podkreślić, że niedawna bezprecedensowa wizyta Hamida Karzaja w Pakistanie i jego spotkanie z generałem Musharaffem 8 lutego b.r. miały jednak ogromne znaczenie dla normalizacji stosunków między obu krajami i dla przyszłości całego regionu. Bez wątpienia należy z uznaniem spojrzeć na ten gest Karzaja. Jednak atmosfera, w jakiej się ona odbywała, naciski zewnętrzne oraz skrajne opinie wyrażane wśród samych Afgańczyków doskonale pokazują, jak ważną rzeczą jest respektowanie w Afganistanie honoru, pojęcia obcego w życiu politycznym Zachodu.

Uniwersalistyczne zasady islamu oraz wynikające z nich poczucie dumy i godności jako muzułmanina - tj. kolejny element określający mentalność dominującą w społeczeństwie afgańskim - zostało poważnie naruszone przez powiązanie terroryzmu z islamem, co będzie miało dużo poważniejsze reperkusje w całym świecie islamskim w przyszłości. Temu wątkowi poświęcę osobne miejsce w dalszej części artykułu.

Być może najbardziej ucierpiał charakterystyczny element kultury afgańskiej, cechujący różne grupy etniczne - nie tylko Pasztunów czy Tadżyków, honor. Z pasztuńskiego pojęcia nanga - oznaczającego nie tylko honor, ale także cześć, reputację, a ponadto odwagę i ochronę - wynika poczucie silnej lojalności w stosunku do własnej grupy plemiennej lub wioskowej, walka o nienaruszalność własnej (tj. plemiennej) ziemi, nakaz obrony honoru i nietykalności kobiet czy prawo do dochodzenia krzywd i obowiązek pomszczenia śmierci współplemieńców. Pojęcie honoru przenosiło się na sferę sacrum, do której należały m.in. takie atrybuty jak broda i broń (miecz czy karabin). Tak gwałtowne siłowe rozwiązanie zastosowane przez Amerykanów - bez możliwości negocjacji między lokalnymi przywódcami różnych plemion tadżyckich i pasztuńskich - nie dało możliwości wyjść z honorem licznym grupom pasztuńskim, które z rozmaitych względów wspierały wcześniej talibów, a z których zapatrywaniami należało się liczyć - nawet jeśli nie akceptuje się ich systemu wartości, gdyż stanowią one dużą część społeczeństwa afgańskiego. Grupy te żyją obecnie w poczuciu poniżenia i utraty honoru, co będzie rzutowało na proces normalizacji w przyszłości. Układ polityczny, do jakiego doprowadziła militarna akcja amerykańska, niewątpliwie sprzyja interesom amerykańskim, ale niekoniecznie ma na celu dobro samych Afgańczyków.

Gwałtowne zmiany doprowadziły także do sytuacji, że władzę w różnych regionach przejęli w wielu wypadkach dowódcy oddziałów, którzy nie dysponują tradycyjną legitymizacją do sprawowania władzy. Tym samym zostały naruszone tradycyjne struktury społeczne, które nie zostały zastąpione nowymi wartościami. W tę próżnię w porządku społecznym wdarła się anarchia. Do jesieni ubiegłego roku podróżowanie po Afganistanie było zasadniczo dość bezpieczne i przypadki napadów były rzadkością: zarówno na terenach kontrolowanych przez Zjednoczony Front Ahmeda Szaha Masuda, jak i przez talibów. Obecnie chaos i terror jest tak wszechobecny, że nawet transporty humanitarne natrafiają na poważne trudności: porywane zostają całe ciężarówki i sprzęt, a personel zabijany.

22 grudnia 2001 roku dotychczasowy prezydent Burhanuddin Rabbani oficjalnie przekazał władzę rządowi Sajeda Hamida Karzaja na okres przejściowy 6 miesięcy i data ta ma wymiar symboliczny: po raz pierwszy od ponad dwudziestu lat Afganistan - wciąż uwikłanym w waśnie i ogarniętym anarchią - ma jeden rząd, choć tymczasowy. Niezaprzeczalnym sukcesem jest, że do utworzenia takiego rządu tymczasowego doszło, a reżim talibów został obalony.

Jeszcze przed datą objęcia władzy przez rząd Karzaja - jak się oblicza - w atakach lotnictwa amerykańskiego zginęło więcej cywilów afgańskich niż liczba ofiar w Światowym Centrum Handlu w Nowym Jorku. W przypadkiem konwojach uchodźców afgańskich ginęły także kobiety i dzieci, które nie żadną miarą mogły przypominać uzbrojonych, brodatych Talibów. Do tej pory dochodzą sygnały, że bezzałogowe samoloty Predator strzelają do wieśniaków, którzy odróżniają się wyższym wzrostem (Osama bin Laden ma mieć ok. 193-198 cm wzrostu). Jeden z takich przypadków miał miejsce 4 lutego. Od amerykańskich bomb giną większe zbiorowości, które w oczach Amerykanów uchodzą za terrorystów zgodnie ze znaną nam ze stanu wojennego zasadą: “trzy osoby to już zgromadzenie”: 24 stycznia zastrzelono 21 wieśniaków, 27 schwytano i ciężko pobito, by wypuścić ich po 16 dniach bez żadnych przeprosin. Organizacje międzynarodowe oraz rząd tymczasowy potwierdzają doniesienia, że byli to wieśniacy nie mający nic wspólnego z talibami. Mimo to sekretarz obrony USA generał Donald Rumselfd stwierdza, że “prawdopodobnie 85-90 procent [z naszych źródeł informacji] jest całkowicie wiarygodnych”. Komentując liczne przypadki ciężkiego pobicia zatrzymanych, zanim zostaną przesłuchani, rzecznik rządu amerykańskiego Victoria Clarke skomentowała: “Nie mamy żadnych dowodów na to, że takie przypadki pobicia miały miejsce” (“International herald Tribune”, 3 lutego 2002). Mohammed Ibrahim, gubernator prowincji Chost, w której jedno z takich zdarzeń miało miejsce, komentuje cytowane wypowiedzi przedstawicieli administracji amerykańskiej: “A z kim oni rozmawiali? Na pewno nie ze mną. Nie rozmawiali z nikim z miejscowych. A ich wywiad praktycznie tu nie istnieje!”

Nawet jeśli byśmy założyli, że - mimo faktycznie dość nikłego rozpoznania wywiadowczego w wielu regionach Afganistanu - prawie dziewięćdziesięcioprocentowa wiarygodność źródeł, na jakie powołuje się Rumsfeld, odpowiadałaby prawdzie, to wątpliwości budzi pozostałe 10-15 procent zabitych, którzy wg szacunków samego Rumsfelda giną niewinnie. Za taką postawą rządu amerykańskiego kryje się lekceważenie dla innego narodu, a może wprost ukrywany rasizm: wystarczy pomyśleć o tym, z jaką troską podchodzi amerykański rząd wraz z mediami do każdego amerykańskiego żołnierza poległego na ziemi afgańskiej i jak bardzo stara się tę śmierć usprawiedliwić. Ile uwagi poświęcano zestrzeleniu 2 helikopterów MH-47 Chinook i zabiciu 9 komandosów 4 marca na północ od miasta Gardez? Stoi to w rażącej dysproporcji do sposobu podejścia do cywilnych ofiar afgańskich, których możemy teraz liczyć w tysiącach.

Moje zarzutu dają się potwierdzić wielorako. Po każdej zrzuconej na Afganistan przez Amerykanów bombie rozpryskowej (tzw. bombie klasterowej), która rozrzuca w promieniu kilkudziesięciu metrów co najmniej kilkaset mniejszych - przypominających wielkością i kształtem puszki po Coca Coli - zostaje 5-7% niewypałów. Od lat organizacje humanitarne domagają się wprowadzenia zakazu produkcji i używania tego typu bomb, gdyż powodują one ogromne straty u ludności cywilnej. Protesty te napotykają na opór USA. Co więcej, w Afganistanie mniejsze bomby - składniki bomby klastrowej - miały ten sam kolor (żółty) co zrzuty z żywnością! Paczki żywnościowe były zrzucane - w przerwach między nalotami - bez żadnego rozeznania i regularnie spadały również na obszary zaminowane, praktycznie niedostępne dla ludności cywilnej. Napisy na paczkach były nie w językach afgańskich - w dari i paszto - lecz po angielsku, hiszpańsku i francusku. Telewidz zachodni bez trudu mógł zrozumieć ich przekaz. Rodzi się pytanie, na ile tego typu akcje były prowadzone w interesie samych Afgańczyków, którzy przeżywają klęskę głodu, a na ile miały usprawiedliwiać one działania wojskowe w oczach zachodnich telewidzów. Choć trudno w to uwierzyć, zrzuty humanitarne zawierały takie produkty jak masło orzechowe, pieczywo tostowe, T-shirty czy dżinsy! Na pozór nieprzydatne i zbędne, ale przygotowujące przyszły rynek zbytu.

Reasumując, akcja antyterrorystyczna doprowadziła na razie do iluzorycznej stabilizacji politycznej, która utrzymywana jest przy pomocy siły zbrojnej, obecności komandosów i ogromnych funduszy pomocowych zza granicy. Są to oczywiście działania absolutnie niezbędne w obecnej sytuacji, gdyż Afganistan potrzebuje przede wszystkim żywności, pieniędzy, pokoju i edukacji. Temu ostatniemu elementowi nie poświęca się wystarczającej uwagi, choć przywódcy plemienni w rozmowach zgodnie podkreślają, że to właśnie szkół Afganistan potrzebuje najbardziej. Pod koniec stycznia b.r. przywódca lokalnej rady samorządowej we wiosce Kamari 15 kilometrów od Kabulu w rozmowie z przedstawicielami amerykańskiej organizacji pomocowej US Agency for International Development wyraził prostą zależność: “Jesteśmy głodni. Ale to, czego nam najbardziej potrzeba to szkoła i edukacja. Nie ma demokracji, gdy ludzie są analfabetami”.

Cel najbardziej eksponowany w mediach - pojmanie Osamy bin Ladena i mułły Mohammada Omara i postawienie ich przed sądem - nie został osiągnięty i zapewne nigdy nie zostanie: zbyt dużo ich łączy ze służbami specjalnymi USA, a ich popularność rozwijała się na pożywce amerykańskich funduszy. Pojmano jednak licznych bojowników walczących po stronie talibów i przewieziono ich do bazy X-ray w Guantanamo na Kubie: skutych kajdankami i związanych tak, że nie mogli się ruszyć, z podwiązanymi na stałe nocnikami, z zasłoniętymi głowami. Na miejscu w Guantanamo przetrzymywani są w stalowych klatkach, bez dachu - przy zerowej prywatności, nawet w momencie załatwiania potrzeb fizjologicznych. Przeciwko takiemu traktowaniu protestowali nawet przedstawiciele rządu Tonny’ego Blaira, najbliższego sojusznika Amerykanów. Żadne względy bezpieczeństwa nie uzasadniają tak poniżającego traktowania ludzi, choćby byli naszymi wrogami.

Określenie więźniów terminem “nielegalnych bojowników” (illegal combat) przez prezydenta George’a W. Busha było wybiegiem, by nie zastosować się w tym wypadku do międzynarodowych konwencji, w tym Konwencji Genewskiej, które regulują sposób postępowania z jeńcami oraz ich prawa. W taki też sposób Amerykanie nie dopuścili, by więźniowie byli sądzeni jako jeńcy wojenni. Uniknięto też postawienia ich przed międzynarodowym trybunałem. Zamiast tego sądzeni będą przez amerykański sąd wojskowy i pod dużym znakiem zapytania stoi, na ile stronniczy będzie taki sąd.

Nie chcę w żaden sposób bronić ludzi, którzy dopuszczali się wstrząsających okrucieństw i mordów na narodzie afgańskim ofiarach aktów terroru w USA. Nie ulega chyba wątpliwości, że nie może też być żadnego usprawiedliwienia dla osób, które systematycznie niszczyły bogatą cywilizację afgańską oraz arcydzieła kultury światowej, takie jak posągi Buddy w Bamijanie czy bezcenne zbiory muzealne w Kabulu, Kandaharze czy Ghazni. Nie mogę się jednak zgodzić na to, by jeden kraj - z racji własnej potęgi militarnej i mocarstwowej pozycji - sam miał decydować o prawnym statusie jeńców czy naruszał międzynarodowe konwencje regulujące ich prawa. Ofiary terroru 11 września nie były wyłącznie obywatelami USA, a koalicja antyterrorystyczna nie składa się z samych Amerykanów. W takiej sytuacji nie widzę uzasadnienia, by tylko amerykański sąd wojskowy decydował o winie lub niewinności jeńców. Tak! Jeńców, gdyż wielu z pojmanych bojowników nie było członkami al-Kaidy, a walczyło jako żołnierze Islamskiego Emiratu Afganistanu, czyli państwa talibów, więc nie można ich traktować jako terrorystów. Bez względu na to, na jak barbarzyńskich zasadach się opierał, rząd Islamskiego Emiratu Afganistanu był uznawany oficjalnie m.in. przez Arabię Saudyjską, głównego sprzymierzeńca USA w świecie arabskim, oraz przez Pakistan, sprzymierzeńca USA w ramach paktów wojskowych SEATO i CENTO (pośrednio). Z przywódcami tego okrutnego reżimu jeszcze w 1996 roku Amerykanie prowadzili oficjalne rozmowy nt. budowy rurociągu. Linię postępowania w takich wypadkach wyznacza trybunał norymberski czy obecnie - haski. Jeżeli mają obowiązywać międzynarodowe konwencje i prawo międzynarodowe, to żaden kraj na świecie nie ma prawa arbitralnie ograniczać zasięgu ich działania i dokonywać ich reinterpretacji, czy stosować wybiegi słowne, by prawo międzynarodowe omijać poprzez tworzenie pojęć nieistniejących w prawie międzynarodowym w stylu “nielegalnych bojowników” jedynie po to, by wyłączyć jeńców spod jurysdykcji międzynarodowej! Jaki sens ma międzynarodowa koalicja antyterrorystyczna, kiedy to jedna ze stron przejmuje całkowicie inicjatywę w sprawach sądowniczych - a zatem w dziedzinie oceny prawnej i moralnej czynów wroga? Czy wyłącznie po to, by przerzucić część odpowiedzialności za akcje militarne na inne kraje, nie dając im możliwości aktywnego uczestnictwa w procesie oceny sytuacji? Jeżeli sens ma mieć dyskurs o prawie międzynarodowym i o prawach człowieka, to ludzi - bez względu na ich czyny - należy traktować zgodnie z zasadami określonymi w Konwencji Praw Człowieka. Gdy mamy zwalczać zło i terroryzm, to niedopuszczalne jest stosowanie terroru i metod, które właśnie usiłujemy zwalczyć. W przeciwnym razie mowa o walce z terroryzmem w obronie podstawowych wartości staje się pustą retoryką i o lekcja zasad demokracji - demagogią. Cywilizacja zobowiązuje do cywilizowanego postępowania, nawet w obliczu zagrożenia własnego i wartości. Zgodnie z zasadą wyłączonego środka nie można jednocześnie bronić systemu wartości i go łamać w jego obronie.

Tuż po atakach 11 września prezydent Bush oraz burmistrz Nowego Jorku Giuliani - choć nie tylko oni - posługiwali się terminem “krucjaty przeciwko terrorystom”. Niezbyt fortunne było to sformułowanie, które jednoznacznie kojarzy się z okresem walk na Ziemi Świętej w XI-XIII w. W odróżnieniu od świadomości człowieka Zachodu, którego pamięć stosuje charakterystyczny mechanizm psychologiczny spychania w zapomnienie zdarzeń dla nas przykrych, w świecie arabskim wciąż przywołuje się okrucieństwa Europejczyków-chrześcijan i ich barbarzyństwo. Jednym z najbardziej drastycznych przekładów stanowi rok 1099, kiedy siły Rajmunda IV de Saint Gilles, faktycznego przywódcy I Krucjaty, zostały okrążone w Maarat al-Numan, obecnie niepozornym miasteczku syryjskim po drodze z Aleppo do Hamy (niesławnej z największej masakry za rządów Hafeza al-Asada). W liście do papież jeden z uczestników ówczesnej krucjaty pisał: “Potworny głód dręczy [naszą] armię w Maaracie zmuszając nas, byśmy żywili się ciałami Saracenów”. Inny kronikarz tam obecny wyznaje: “W Maaracie nasze oddziały gotowały dorosłych pogan żywcem w wielkich kotłach, a dzieci nadziewano na pale i spożywano upiecznone na rożnie”. Celowo cytuję tu jedynie relacje kronikarzy chrześcijańskich, by uniknąć zarzutu stronniczości. Krzyżowcy postrzegani są w świecie arabskim do tej pory jako niepiśmienni barbarzyńcy, którzy nie wzdragali się przed kanibalizmem i jedzeniem psów; walczący z Arabami, którzy w owym czasie czytali filozofów greckich i przechowali pisma filozoficzne, by pożywić nimi umysły Odrodzenia w Europie.

Kolejne hasło rzucone przez Geroge’a W. Busha w ramach międzynarodowej koalicji z terroryzmem to “oś zła”, powszechnie nasuwające skojarzenia z nazistowską osią Berlin-Rzym-Tokio. Korea Północna, Iran i Irak wrzucone do jednego worka łączy tylko niechęć prezydenta Busha i mgliste, komiksowe rozeznanie rzeczywistej sytuacji w tych państwach. Rozszerzenie tej listy m.in. o Rosję, Chiny, Syrię i Liban jako potencjalne cele ataku nuklearnego w przecieku prasowym ujawnionym 9 marca w “Los Angeles Times” przekracza granice zdrowego rozsądku.

Umieszczenie Korei Północnej na osi ataku antyterrorystycznego nałożyło się na trwające od lat wysiłki rządu w Seoulu zmierzające do ocieplenia stosunków z Phenianem, w sytuacji, kiedy coraz realniejsza stawała się możliwość stopniowych przemian w Korei Północnej. Władze w Seoulu w sposób dość ostrożny skrytykowały wypowiedź prezydenta Busha.

Wystarczy sobie przypomnieć zamieszki studenckie w Teheranie w 1999 roku oraz walkę między środowiskiem fundamentalistów na czele z ajatollahem Alim Chamanei a umiarkowanie prodemokratycznym ruchem na czele z prezydentem Mohammadem Chatamim, by zrozumieć, jak wiele się w Iranie zmieniło na korzyść i jak wciąż krucha jest pozycja samego Chatamiego i reformatorów. 11 lutego b.r. dziesiątki tysięcy Irańczyków wzięło udział w ogromnej demonstracji protestując przeciwko umieszczeniu ich kraju na “osi zła” i skandując “śmierć Ameryce”. Demonstracja, w której udział brał sam Chatami i głosił, że “czas zastraszania nas przez USA już minął”, jako żywo przypominała podobne wiece z czasów Rewolucji Islamskiej sprzed 23 lat i czasów ajatollaha Chomeiniego. Dzień później konserwatywny ajatollah Ali Chamanei na innym wiecu przemawiał: “Wzywam naród irański i irańskie siły zbrojne by były w pełnej gotowości i przygotowały się na każdą ewentualność”. W retoryce patriotycznej w obliczu zagrożenia atakiem amerykańskim tych dwóch przywódców, różniących się krańcowo i wyznających diametralnie różne podejście do reform w kraju, nagle znalazło wspólny język. Rozpoczęto mobilizację a pod broń powołuje się teraz nawet kobiety. Co więcej, w atmosferze zagrożenia i dyshonoru same kobiety zgłaszają się do punktów poboru. Nieprzemyślane słowa przedstawicieli Waszyngtonu są tragiczne w skutkach dla przyszłych losów demokracji w Iranie. Ktokolwiek był w ciągu ostatnich lat w tym kraju i zna jego historię nie mógł nie zauważyć, jak bardzo - w porównaniu z rządami szacha Rezy Pahlawiego w latach siedemdziesiątych - wzrósł ogólny poziom wykształcenia w tym kraju, jak poprawiła się pozycja kobiet w społeczeństwie i ich aktywność. W pierwszych najbardziej fundamentalistycznych 10 latach Rewolucji Islamskiej odsetek analfabetyzmu w Iranie zmalał z 86% w 1981 r. do 54% w 1992 r., liczba kobiet umiejących czytać i pisać wzrosła z 35,5% do ponad 67%, liczba studentek zaś się potroiła. Wbrew obiegowej opinii na Zachodzie, znacznie zwiększyła się liczba żeńskich prawników, sędzin, prokuratorów, czy kobiet zajmujących odpowiedzialne stanowiska. Dążenie do samorealizacji zawodowej i samodecycowania o sobie wśród kobiet irańskich nabiera wciąż na sile. Oczywiście wciąż daleko do standardów zachodnioeuropejskich, niemniej jednak ogólny pozytywny kierunek przemian zachodzących w społeczeństwie irańskim jest wyraźny. Rozmowy na ulicach Isfahanu, Szirazu czy Teheranu z Irańczykami i Irankami wskazują na ogromny pęd społeczeństwa do przemian demokratycznych, w tym do równouprawnienia płci.

Amerykańskie oskarżenia Iranu o chronienie terrorystów al-Kaidy i umieszczenie tego kraju po stronie “zła” pojawiły się w bardzo niefortunnym momencie. Zmuszają reformatorów, takich jak prezydent Chatami, do zmobilizowania społeczeństwa irańskiego w obliczu wojny. Hasła patriotyczne z zasady odwołują się do wartości religijnych i tradycyjnych. Siłą rzeczy stanowiska Chatamiego i Chameneiego stają się zbliżone. Co więcej, w takiej sytuacji musi spadać w społeczeństwie poparcie dla idei demokracji, której standardy wyznacza świat zachodni. Jak jeden z obserwatorów amerykańskich Ross Peters, specjalista w dziedzinie praw człowieka, słusznie zauważył: “Bez nieustannej groźby interwencji czy zbrojnej inwazji, Iran stopniowo będzie ewoluował w stronę bardziej demokratycznego społeczeństwa w przewidywalnym czasie. Niestety USA wymusza teraz decyzję, kto będzie rządził Iranem w momencie, gdy Iran będzie dysponował bronią nuklearną. Czy będą to reformiści, wspierani przez młodsze pokolenie? Czy może też nieuzasadnione oskarżenia prezydenta Busha tchną tymczasem nowe życie w retorykę zatwardziałych kleryków?” (“The Daily Star”, 9.02.2002).

Absurdalność zarzutów, jakoby Iran wspierał al-Kaidę, jest oczywista dla każdego, kto obserwuje wydarzenia na świecie. To przecież m.in. Iran wspierał antytalibańską opozycję Ahmeda Szaha Masuda i Zjednoczony Front walczący z talibami i al-Kaidą. Transporty rosyjskiej broni dla Masuda, choć nikłe, w pewnym stopniu odbywały się za pośrednictwem Iranu, bez którego wsparcia w dniu ataku na Światowe Centrum Handlu w Nowym Jorku być może nie byłoby już żadnej opozycji w Afganistanie. To Iran był w stanie wojny z talibami w 1998 roku, kiedy po zdobyciu Mazar-i Szarif talibowie zamordowali irańskich dyplomatów. Armia irańska stanęła na granicy z “Talibanistanem” po raz kolejny w 2001 roku po masakrze Hazarów, szyitów zamieszkujących środkowy Afganistan, bliskich sercu Persów. Spotkanie Ahmeda Szaha Masuda z generałem Raszidem Dostumem i Ismaliem Khanem jesienią 2000 roku, które było początkiem nowej koalicji antytalibańskiej, zwanej Zjednoczonym Frontem, miało wszak miejsce w Maszhadzie w Iranie! Co więcej, samoloty amerykańskie bombardujące cele talibów po 7 października 2001 roku korzystały z zaplecza logistycznego Iranu. To właśnie Irańczycy przez pierwsze tygodnie kampanii antytalibańskiej stanowili trzon rozpoznania wywiadowczego, obok sił Zjednoczonego Frontu. Iran przystał wówczas na tę nieoficjalną współpracę nie tylko dlatego, że postrzegał terrorystów z al-Kaidy i talibów za swoich arcywrogów, ale także dlatego, że w poważnym stopniu liczył na normalizację stosunków z USA i zniesienie sankcji gospodarczych, które dotykają zwykłych obywateli, a nie klerykałów-duchowych przywódców narodu.

Pokłosiem słów George’a W. Busha jest zaostrzenie stosunków między Wielką Brytanią a Iranem po tym, jak 8 lutego Iran ostatecznie odmówił akredytacji nowemu ambasadorowi Wielkiej Brytanii Davidowi Reddaway’owi. David Reedaway pracował w ambasadzie brytyjskiej w Teheranie w czasie Rewolucji Islamskiej, a w 1990 roku pełnił tamże funkcję charge d’affaires. Jego żona pochodzi z dynastycznej rodziny Kadżarów panującej w Persji w latach 1779-1924, co siłą rzeczy musiało budzić poważne obiekcje antymonarchistycznie nastawionych polityków w Iranie. Do tego niektóre wypowiedzi Reddaway’a na tematy bliskowschodnie spowodowały, że zaczęto go w Teheranie postrzegać jako “syjonistę wrogiego Iranowi”. Na fali amerykańskiej wojennej retoryki “osi zła” brytyjski MSZ ogłosił, że jeśli Iran nie przyjmie kandydatury Reddaway’a, to Wielka Brytania nie mianuje żadnego nowego ambasadora, a stosunki zostaną obniżone do rangi charge d’affairs. Takie ultymatywne postawienie sprawy w momencie, gdy Iran został ogłoszony elementem “osi zła”, musiało zostać odebrane jako prowokacja i doprowadziło do konfliktu dyplomatycznego.

Przy obecnej retoryce amerykańskiej trudno potępiać amerykańskie akcje odwetowe na takie kraje jak Iran czy Korea Północna, nie będąc posądzonym o skrajne opinie i popieranie reżimów. Tu przejawia się dodatkowy sens podziału świata na “tych, którzy są z nami” i “tych, którzy są przeciwko nam”.

Przykład Iranu doskonale ilustruje tendencje, jakie nasilają się w krajach muzułmańskich, a szczególnie w krajach arabskich. Silnie odwzajemniania niechęć muzułmanów do świata zachodniego jako spadkobiercy chrześcijaństwa i kolebki ateizmu, istniejąca w formie uśpionej, nagle odżyła, potęgowana doniesieniami o przykładach zachodniego rasizmu i wrogości względem islamu. Wskazuje się - niestety słusznie - że w popularnych przekazach w zachodnich mass-mediach zlały się dwa pojęcia: islam i terroryzm. Przytacza się częste przypadki napadów na Arabów, pomimo że - jak się dowodzi - aż 80% Arabów zamieszkujących USA to chrześcijanie. Prasa arabska przytacza przykłady, gdy muzułmańskim kobietom mieszkającym na Zachodzie zdziera się - na zasadzie zaczepki na ulicy - z głowy chustę. Takie i podobne relacje przekładają się to bezpośrednio na ambiwalentny stosunek do idei demokracji i praw człowieka, coraz częściej uznawanych za specyficznie zachodni wykwit. Panuje powszechne przekonanie, że na Zachodzie za deklaratywnym potępieniem terroryzmu i walką z terroryzmem kryją się całkiem odmienne intencje. Antyislamska krucjata, w jaką miała się przemienić koalicja antyterrorystyczna, prowadzi do radykalizacji postaw nie tylko w krajach arabskich, ale także w Indonezji czy Azji Środkowej. O tych oczywistych zagrożeniach w państwach środkowoazjatyckich informował jesienią ubiegłego roku raport warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich: “(...) obecna sytuacja sprzyja polaryzacji postaw wśród samych muzułmanów oscylujących między potępieniem ataków i obawą przed odwetem a pochwałą ataków i utwierdzeniem się w słuszności działań radykalnych. Na obie postawy wpływ ma antyislamska kampania medialna. Niebezpieczeństwo takie jest oczywiście najsilniejsze w punktach konfliktów i punktach zagrożonych fundamentalizmem, tym bardziej że znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie planowanych działań zbrojnych (Afganistan, Czeczenia).”

Nie ma znaczenia w tym wypadku, na ile takie odczucia muzułmanów są uzasadnione faktami. Istotne jest, że się pojawiły w takiej a nie innej formie - i za to ponosi odpowiedzialność Zachód, gdyż albo rzeczywiście istnieją podstawy do takich ocen, albo też zachodni politycy wykazali się indolencją i nie przewidzieli takich skutków swojej antyterrorystycznej retoryki. Rzeczywistość dowodzi, że miało miejsce wiele zdarzeń uzasadniających obawy muzułmanów. Pozwolę sobie wspomnieć tylko o dwóch dotyczących bezpośrednio stosunków Polski z krajami arabskimi. Pod koniec września ubiegłego roku odbywały się w Warszawie targi turystyczne, na które zaproszono grupę poważnych biznesmenów - przedstawicieli libańskiego przemysłu turystycznego. Niezwykle atrakcyjny pod względem turystycznym, Liban był określany Szwajcarią Bliskiego Wschodu, a Bejrut - tamtejszym Paryżem. Nie bez racji, z tą różnicą, że w niektórych porach roku można w Libanie pływać w morzu, by za pół godziny znaleźć się wśród przepięknych ośnieżonych szczytów i jeździć na nartach! Sytuacja polityczna w Libanie się ustabilizowała, a Bejrut błyskawicznie odzyskuje swój blask. Zaproszeni z Libanu goście zostali przetrzymani po wylądowaniu na Okęciu przez 3 godziny i potraktowani jak terroryści. Po interwencji na najwyższym szczeblu w Warszawie sytuacja się zmieniła: przy wylocie rewidowano ich przez 4 godziny! Mój arabski przyjaciel w grudniu ubiegłego roku, wieloletni pracownik polskiej ambasady w jednym z krajów arabskich, jechał do Polski na święta Bożego Narodzenia. W Budapeszcie w wyniku opóźnień nastąpiła 13-godzinna przerwa w oczekiwaniu na kolejne połączenie. Żaden z pasażerów arabskich - bez względu na płeć - nie został wpuszczony do sali tranzytowej: wszyscy spędzili 13 godzin na posadzce, bez możliwości skorzystania z toalety, zjedzenia posiłku czy wypicia gorącej herbaty! Żaden z obywateli Zachodu nie chciałby tak zostać potraktowany w Kairze, Ammanie czy w Syrii. I nie jest.

Nawet antyterrorystyczna fobia nie zmusza to tak upodlającego traktowania obywateli innych krajów zgodnie z kryteriami narodowościowymi. Ta generalizująca postawa, stosująca bezkrytycznie tę samą miarkę do terrorystów i zwykłych obywateli (a przecież łatwo sprawdzić, czy pasażer na lotnisku jest uzbrojony), nosi wyraźne znamiona rasizmu.

Szalenie ważnym dla sytuacji na świecie zagadnieniem - wymagającym dużo obszerniejszego omówienia niż pozwalałoby na to miejsce i cierpliwość czytelnika, któremu udało się dotrzeć do tego miejsca - jest konflikt izraelko-palestyński. Izrael od początku konfliktu określał przedstawicieli Organizacji Wyzwolenia Palestyny terrorystami. I wciąż tak czyni w stosunku do ludności palestyńskiej. Gdy 12 marca co najmniej 150 czołgów i pojazdów opancerzonych oraz 20 tysięcy żołnierzy izraelskich zajęło prawie całą Ramallah i pobliskie obozy dla uchodźców i gdy zginęło 31 Palestyńczyków, wywołało to zdecydowany protest i potępienie Kofiego Annana, który do tej pory był aż nadto wstrzemięźliwy w swych ocenach. Ariel Szaron nieustannie podkreśla, że akcje odwetowe są wynikiem ataków palestyńskich na cywilów. Czy zwykli uchodźcy palestyńscy w obozach al-Amhari, el-Kadura i innych, których domy bezpardonowo przeszukują żołnierze izraelscy, którzy są łapani, aresztowani, torturowani czy znakowani, a którzy w akcie bezsilności rzucają kamieniami do uzbrojonych żołnierzy, są terrorystami? Prasa regularnie donosi o drastycznych przypadkach postrzelenia kobiet ciężarnych w drodze do szpitala czy dzieci rzucających kamieniami. Na większości terytoriów okupowanych przez Izrael palestyńskiej ludności cywilnej odcięto dopływ prądu i wody, a codziennie docierają coraz bardziej bulwersujące wiadomości. 3 kwietnia b.r. został ostrzelany sierociniec w Tulkarem, a w szpitalu zabito dziecko oraz pielęgniarkę. W nocy z 30/31 marca po tym, gdy wojska izraelskie zajęły kolejne tereny Autonomii, a w Ramallah przejęły kontrolę nad palestyńską telewizją, na ekranach telewizorów w Autonomii Palestyńskiej pojawiła się ciągła transmisja filmów pornograficznych! Informowały o tym agencje i zagraniczne rozgłośnie. Przedstawiciel rządu izraelskiego skomentował te doniesienie lakonicznie: “nic mi o tym nie wiadomo”. Czy w warunkach poniżenia do utrzymania jest nadal izraelskie domniemanie, że Palestyńczycy wyssali terroryzm z mlekiem matki?

Mamy tu do czynienia z kolejnym przeobrażeniem tego terminu, kiedy zostaje zatarte rozróżnienie między ruchem oporu czy walką narodowowyzwoleńczą a terroryzmem.

Mohammad Raad należy do najściślejszego kierownictwa Hezbollahu (“Partii Boga”), obok sekretarza Generalnego Hezbollahu Sajjeda Hassana Nasrallaha, i to jego głos pełni rolę wykładni polityki Hezbollahu. Jednocześnie jest deputowanym do Parlamentu Libańskiego z ramienia tej partii. W rozmowie z nim 11 lutego b.r. w Bejrucie postawiłem mu następujące pytanie: “Hezbollah jako partia ma swoje przedstawicielstwo w parlamencie. Jednocześnie administracja amerykańska i prezydent George W. Bush określa Hezbollah jako organizację terrorystyczną. Jak pan - jako parlamentarzysta - odnosi się do takich zarzutów?” Jego odpowiedź była znamienna: “Taka ocena jest wyjątkowo niesprawiedliwa. Na pierwszy rzut oka trudno byłoby się tutaj dopatrzyć jakiegokolwiek innego powodu takiej oceny, jak amerykańska ignorancja i nieznajomość tego, czym jest Hezbollah. Jednak za takimi oskarżeniami kryją się cele polityczne. Amerykanie doskonale znają sytuację w regionie. Ich celem politycznym jest zmusznie Hezbollahu do porzucenia walki z okupacją izraelską. By Amerykanie mogli osiągnąć taki cel, muszą wpierw zmienić międzynarodowe kryteria oceny tego, czym jest terroryzm. Dlatego wprost oskarżamy Amerykanów o nieuprawnione dążenie do zmiany kryteriów definiujących zjawisko terroryzmu. Amerykanie dążą do utożsamienia zjawiska terroryzmu z prawowitym ruchem oporu. A przecież prawo ludzi żyjących pod okupacją do walki przeciwko tej okupacji jest jak najbardziej uprawnione. Mówi o tym przecież Karta ONZ! Przecież tylko ktoś prezentujący postawę pełną agresji i uproszczeń może utożsamiać ruch oporu z terroryzmem, prawda? Prawo do walki o samostanowienie i do prowadzenia ruchu oporu uznali przecież sami Amerykanie -wespół z krajami europejskimi ratyfikując Kartę ONZ.” Bez tego kluczowego rozróżnienia między terroryzm i walką narodowowyzwoleńczą należało by przyznać rację hitlerowcom, którzy takim terminem określali np. oddziały AK.

Sprawą oczywistą jest jednocześnie, że obserwowana eskalacja działań palestyńskich zmierza mniej czy bardziej bezpośrednio do likwidacji państwa żydowskiego. Takie też nastroje panują w wielu środowiskach na Bliskim Wschodzie. W tej samej rozmowie z Mohammadem Raadem zapytałem go, w jakim stopniu podziela on zdanie sekretarza generalnego Hezbollahu Sajjeda Hassana Nasrallaha, który parokrotnie wyrażał przekonanie, że ostatecznym celem Hezbollahu jest zniszczenie państwa Izrael. Deputowany Hezbollahu próbował uniknąć wiążącej odpowiedzi na ten temat: “Nie są mi znane bezpośrednio takie stwierdzenia Sajjeda Hassana.” Po zacytowaniu przeze mnie m.in. fragmentu wywiadu Nasrallaha udzielonego stacji ABC NEWS 20 października 2001 r. w rozmowie z Tedem Koppelem, Mohammad Raad przyznał: “Cóż, decyzja o stworzeniu państwa izraelskiego została podjęta przez mocarstwa zachodnie dużo wcześniej w sposób arbitralny, bez jakichkolwiek konsultacji z mieszkańcami Palestyny. Żydzi mieli pierwotnie możliwość osiedlenia się np. w Ugandzie; były też plany, by stworzyć im państwo w Kanadzie czy Australii. Przy wsparciu mocarstw osiedlili się jednak w Palestynie, co odbyło się kosztem mieszkańców Palestyny. Choć nie jest to sprawą prostą, Żydzi powinni wrócić do krajów, z jakich przybyli.” - “Czy to znaczy, że państwo Izrael nie ma prawa istnieć w miejscu, gdzie istnieje obecnie?” - “Nie”.

To lakoniczne “nie”, jakie padło z ust parlamentarzysty arabskiego, odmawiające prawa do istnienia Żydom na Bliskim Wschodzie jest jednym z dwóch biegunów - obok izraelskich akcji odwetowych - które napięły spiralę przemocy do stanu, kiedy konflikt ten zdaje się być nierozwiązywalny. Jego ofiarami padają po obu stronach bezbronni ludzie i naruszane są podstawowe prawa człowieka - wartości, które wszyscy powinniśmy uszanować. Obie strony stosują wobec siebie przemoc, uzasadniając ją terrorem ze strony przeciwnika. A przecież jedynym rozwiązaniem jest pokojowe współistnienie dwóch suwerennych państw: Izraela i Palestyny. Problem w tym, że wraz z każdym krokiem Izraela i Palestyńczyków, to rozwiązanie staje się coraz mniej realne.

W postawie Ariela Szarona, który z jednej strony podkreśla, że włącza się w międzynarodową kampanię przeciwko terroryzmowi, a z drugiej publicznie wyraża żal, że w 1982 roku nie skorzystał z okazji, by zabić Jasera Arafata, razi niespójność. Z jednej strony władze izraelskie domagają się od Jasera Arafata, by podjął konkretne działania zmierzające do zaprzestania fali terroru i aresztował osoby za akty przemoce odpowiedzialne, a jednocześnie niszczy palestyńską infrastrukturę, w tym areszty, oraz siły policyjne, które takie aresztowania mogłyby przeprowadzić. Odmawia się też prowadzenia rozmów z Arafatem, osłabiając tym samym jego autorytet, a z drugiej strony domaga, by się do niego odwołał i doprowadził do zawieszenia intifady.

Ta zawiła gra izraelsko-arabska w tak silnym stopniu zdaje się nie mieć racjonalnych uzasadnień, że przywódcy francuscy zaczęli nawet mówić o obsesyjnej nienawiści Sharona do Arafata. Tę grę trzeba postrzegać w kontekście amerykańskich przygotowań do uderzenia na Irak, a jednym z jej celów jest wymuszeniu przyzwolenia krajów arabskich na antyiracką ofensywę. W dniach 27-28 marca zebrali się w Bejrucie przedstawiciele krajów arabskich (choć bez prezydenta Egiptu Hosni Mubaraka i króla Jordanii Abdullah). Na tę chwilę przygotowywali się też Amerykanie: 20 marca powrócił do Waszyngtonu wiceprezydent Dick Cheney po 11-dniowym objeździe Bliskiego Wschodu. Pokój w Palestynie miał być elementem przetargowym w negocjacjach z państwami arabskimi, które w ten sposób miały zostać skłonione do akceptacji ataku na reżim Saddama Hussajna. Arabską odpowiedzią była podjęta przez następcę tronu księcia Abdullaha, a wspierana przez Unię Europejską inicjatywa pokojowa, będąca w rzeczywistości odnowieniem izraelsko-palestyńskiego planu “ziemia za pokój”. Trudno jednak mówić o powodzeniu misji Cheneya. Prasa arabska doniosła, że władze Arabii Saudyjskiej - starając się nie dopuścić do ewentualnego ataku na Irak - przekazały Cheneyowi, że w razie ataku na Irak nie udostępnią USA saudyjskiej bazy Prince Sultan Airbase. Choć nawet sojusznik USA - Turcja odmówiła Cheneyowi bezpośredniego zaangażowania się w ewentualny atak, 22 marca media izraelskie podały, że amerykański wiceprezydent zapewnił Ariela Sharona, że ‘atak taki jest wciąż planowany, przede wszystkim z uwagi na dobro Izraela’. Zostało to przyjęte z zadowoleniem Sharona, który oznajmił, że klęska Iraku wywrze demoralizujący wpływ na Palestyńczyków i zmusi ich do zakończenia intifady. Odrzucenie saudyjskiego planu pokojowego i otwarta wojna w Palestynie, jaką rozpętał Sharon, gdy w Bejrucie obradowała Liga Arabska, wskazują, że celem Sharona - o czym mówi się od dawna, a czemu Sharon nigdy nie zaprzeczył - jest całkowite usunięcie Palestyńczyków i powiększony Izrael. Trudno utrzymać sąd, że Izrael w ten sposób realizuje prawo do obrony.  Można już mówić o terroryzmie państwowym o nieobliczalnych skutkach: Dramatycznym wyraz bezsilności była 3 kwietnia wypowiedź Mahmud Halifa, rzecznika palestyńskiego Ministerstwa Informacji: ‘jeśli Izrael zabije Yasera Arafata, będzie to początek III Wojny Światowej’.

Gdy na konflikt palestyński nałoży się z ponowne otwarcie frontu w Iraku, będzie to mieć nieobliczalne skutki dla całego świata. Ofensywa taka mogłaby się już rozpocząć pod koniec maja, a przygrywką do niej mogą być renegocjacje z rządem Saddama Hussajna programu “ropa za żywność”, który wygasa w maju. Prawdopodobnie Amerykanie będą dążyli do wprowadzenia do niego warunku ponownego zezwolenia na wjazd obserwatorom ONZ do Iraku i ich nieskrępowanej działalności oraz zmiany listy produktów dopuszczonych do handlu w ramach tego programu, w tym wykluczenia z niego niektórych, które mogłyby mieć zastosowanie militarne. Skrajne warunki zaproponowane Irakowi doprowadzą zapewne do odrzucenia nowego programu, co będzie pretekstem do rozpoczęcia ofensywy: w pierwszej kolejności kilkutygodniowych bombardowań. Kolejnym chronologicznie elementem tej kampanii będzie dążenie do utworzenia także wewnętrznego frontu opozycji, irackiej intifady, której istotnym elementem mieliby być Kurdowie iraccy. Działania te miałyby doprowadzić do objęcia władzy przez irackiego “Hamida Karzaja”, który mógłby zgodzić się na utworzenie protektoratu kurdyjskiego na wzór Kosowa w Jugosławii. Byłaby to cena za czynny udział Kurdów w powstaniu. Trudno znaleźć choćby jeden punkt, który przemawiałby na korzyść reżimu Saddama Hussejna, ale jeszcze trudniej usprawiedliwić nowy konflikt na taką skalę. Obawia się go nawet Turcja z uwagi na potencjalne oderwanie od Iraku części kurdyjskiej, gdyż prowadziłoby to do walk o utworzenie wolnego Kurdystanu i przeniesienie konfliktu na teren Turcji.

Dalszy wzrost nastrojów antyzachodnich - a także antydemokratycznych - w świecie muzułmańskim będzie miał negatywne skutki na przemiany społeczne na tych obszarach i może doprowadzić do obalenia rządów właśnie w takich krajach jak Arabia Saudyjska i zastąpienia ich reżimami skrajnie klerykalnymi.

Dwulicowość polityki amerykańskiej daje się wyjaśnić w kategoriach wewnętrznej polityki amerykańskiej, a raczej jej brakiem. Na wątek ten od dłuższego czasu zwracają uwagę Demokraci. Na początku lutego w wystąpieniu dla telewizji CNN Madeleine Allbright, sekretarz stanu w administracji Billa Clintona, wprost sformułowała zarzut, że obecna kampania antyterrorystyczna to ucieczka George’a W. Busha przed problemami wewnętrznymi i groźbą recesji.

Po pierwsze brak konstruktywnych planów uzdrowienia gospodarki administracja w Waszyngtonie próbuje kompensować zaangażowaniem w politykę zagraniczną, tam kierując uwagę całego społeczeństwa. Po drugie ratunkiem przed recesją staje się bezprecedensowy budżet zbrojeniowy w wysokości 2,13 biliona dolarów. Traktowany jest on jako koło zamachowe całej gospodarki amerykańskiej, które w pierwszej kolejności wesprze przemysł zbrojeniowy. Grą wstępną jest jednostronne podniesienie ceł przez USA na import stali, co łamie ustalenia prawne o strefie wolnego handlu. W tej sprawie Unia Europejska złożyła już skargę 7 marca do Światowej Organizacji handlu (WTO).

Dodatkowym warunkiem jest utrzymywanie całego społeczeństwa w poczuciu zagrożenia terrorem, a sprzyjają temu regularnie pojawiające się kontrolowane “przecieki” do prasy o planowanym zamachu terrorystycznym, który w rezultacie nigdy nie następuje, a jego domniemani sprawcy nigdy nie zostają ujęci. Temu m.in. - obok jednostronnej prezentacji zagadnień międzynarodowych w mediach amerykańskich i niskiej znajomości geografii świata - należy przypisać fakt, że aż 70% społeczeństwa amerykańskiego popiera ewentualny atak na Irak.

Walce z tą śmiertelną chorobą cywilizacyjną jaką jest terroryzm przyświeca nieuzasadnione przekonanie, że można z tym zjawiskiem walczyć wykorzystując przewagę technologiczną oraz że sama wyższość technologiczna oznacza wyższość cywilizacyjną. Nie raz historia wykazywała, że ci którzy dysponowali przewagą militarną, nie reprezentowali wyższego systemu wartości. Nawet po zniszczeniu zasobów zbrojnych pozostają niezadowolone narody. Skoncentrowani na technologii Amerykanie pomijają tzw. “czynnik ludzki”. Przekonanie o własnej przewadze wywiadowczej i technologicznej w 1979 roku doprowadziło, że w Teheranie aż 2000 osób związanych z CIA nie zauważyło przygotować do Rewolucji Islamskiej, a przekonanie do doskonałym rozeznaniu w sytuacji dzięki tej przewadze nie uchroniło przed śmiercią amerykańskiego ambasadora w Kabulu w 1979 i radzieckiej inwazji na Afganistan. Perspektywa robocopa jest ograniczona brakiem tkanki organicznej powyżej żuchwy.

Walka ze zjawiskiem terroryzmu powinna sięgać korzeni tego zjawiska, a nie “leczyć” jego symptomy. 6 lutego b.r. spędziłem południe w Bkerke nieopodal Bejrutu, w rezydencji kardynała Nasrallaha Butrosa Sfeiry. Kardynał Sfeir, patriarcha Maronitów - libańskich chrześcijan, jest postacią powszechnie szanowaną w Libanie zarówno przez członków kościołów chrześcijańskich, jak i wyznawców islamu. Jego ogromny autorytet moralny i duchowy powoduje, że odgrywa on ogromną rolę na scenie politycznej na Bliskim Wschodzie, a w jego głos wsłuchują się politycy i działacze różnych ugrupowań, o czym świadczy choćby fakt, że w dniu, kiedy Kardynał Sfeir udzielił mi wywiadu, przyjął on także delegację palestyńskiego Islamskiego Dżihadu. Utrzymuje on jednocześnie bliskie kontakty z Janem Pawłem II, którego portret wisi na głównym miejscu w sali audiencyjnej. Na pytanie, co sądzi o amerykańskiej kampanii przeciwko światowemu terroryzmowi i uznaniu takich krajów jak Irak, Iran czy Korea Północna za kraje wpierające terroryzm, Kardynał Nasrallah Sfeir odpowiedział: “Nikt nie popiera terroryzmu! Jest to naturalne. Dlatego w interesie całego świata leży zwalczanie przyczyn terroryzmu. A korzeniem terroryzmu jest bieda. Rzesze ludzi na całym świecie żyje w nędzy. Około 1,2 miliarda ludzi na ziemi nie ma co jeść. Taki stan rzeczy można - i należy - zmienić. Nie możemy tych ludzi pozostawić w nędzy i mieć nadzieję, że zaakceptują swój los i nie będą się buntować.”

Prawdziwą metodą walki z terroryzmem jest zmiana układów ekonomicznych na świecie i stworzenie możliwości nie tylko przeżycia, ale godnego życia dla jednej czwartej ludzkości. Drugim niezbędnym elementem jest edukacja. Edukacja zaś wymaga uczciwości - dla wielu polityków być może pojęcia abstrakcyjnego. Jednak jest niewyobrażalne, by dało się prowadzić walkę o prawa człowieka i demokrację, gdy samemu łamie się własne zasady.

W wielu krajach zachodnich, które szczycą się, że są kolebką idei demokratycznych wprowadzono ustawy antyterrorystyczne, ograniczające swobody obywatelskie i prawa człowieka. Obejmują one szczególne uprawnienia służbom specjalnym, w tym ułatwienia w stosowaniu podsłuchu i inwigilacji, możliwość wydalenia z kraju emigrantów podejrzanych o współpracę z organizacjami terrorystycznymi na mocy tajnej decyzji administracyjnej, tj. bez wyroku sądu, oraz możliwość dłuższego przetrzymywania w areszcie osób podejrzanych o terroryzm. Wprowadzone szczegółowe kontrole na granicach według kryterium etnicznego - w tym obowiązkowe kontroli dla obywateli państw arabskich i muzułmańskich - jest posunięciem jawnie rasistowskim. Na to nakłada się okresowy zakaz wjazdu do krajów zachodnich dla obywateli krajów islamskich oraz ograniczenie praw do azylu, inwigilacja środowisk studentów zagranicznych i przeglądanie ich teczek, wydalanie z Europy i USA niektórych duchownych muzułmańskich. W Stanach Zjednoczonych środowiska akademickie w USA są regularnie inwigilowane, a w bezpośrednich rozmowach z wykładowcami niektórych amerykańskich uniwersytetów padają zawoalowane groźby ze strony władz[2].

Od lat było normą, że porozumiewanie się ze znajomymi w Chinach za pośrednictwem Internetu jest utrudnione. Niekiedy mija tydzień od wysłania wiadomości pocztą elektroniczną, zanim dotrze ona do adresata - tyle trwa ocenzurowanie listu elektronicznego. Czasem wiadomości nie docierają w ogóle. Ale dziwi niepomiernie, że ogromny odsetek stron internetowych poświęconych zagadnieniom bliskowschodnim, arabskim, czy szerzej: islamowi, jest od miesięcy niedostępny, mimo że nie prezentowały treści terrorystycznych, a jedynie niezbyt przychylne administracji amerykańskiej. Były one dla socjologa, religioznawczy czy orientalisty nieocenionym źródłem informacji o i procesach w społeczeństwach pozaeuropejskich i na temat tego, co dzieje w różnych środowiskach na świecie.

Jednocześnie ofiarą oskarżeń padają niezależni dziennikarze czy całe stacje telewizyjne, np. Al-Dżazira, która dla świata arabskiego od lat stanowiła doskonałą lekcję demokracji i tego, czym jest wolność słowa. Jednocześnie władze amerykańskie i koalicjanci nie ukrywają, że relacje dziennikarskie z frontu afgańskiego nie są niezależne, a informacje dopuszczane są wybiórczo. W ten sposób pod pozorami obrony demokracji i walki z terroryzmem nakłada się społeczeństwom na całym świecie cenzurę. Zjawisko cenzury w krajach zachodnich istnieje od dawna, choć była ona dość szczególna: ośrodki medialne zależne finansowo od własnej popularności oceniały wstępnie, jakie informacje mają walor finansowy, a jakie mogą zaszkodzić ich wizerunkowi, także finansowo. Na to zjawisko “rynkowej cenzury” nakłada się “odgórne filtrowanie” przepływu informacji. Czy aby jest to najlepsza metoda, by pokazywać obywatelom tzw. trzeciego świata na czym demokracja polega?!

Bliższa analiza działań, jakie podejmowano w ostatnich miesiącach pod sztandarem walki z terroryzmem, wskazuje, że obrona podstawowych wartości jest na dalszym planie, a kampania antyterrorystyczna jest w rzeczywistości pretekstem do uporządkowania własnego podwórka i jest cynicznie wykorzystywana nie tylko przez mocarstwa. Idea walki z terroryzmem stała się usprawiedliwieniem dążeń do realizacji własnych niskich snów o potędze. Zaistniała sytuacja wskazuje, że to terroryści odnoszą zwycięstwo. Gorzka to konstatacja.

Mam przyjaciół w Afryce, w Chinach, Afganistanie i krajach arabskich i nie chcę się znaleźć w sytuacji, kiedy nagle stanę się w ich oczach reprezentantem wrogiego, imperialnego, neokolonialnego paktu “antyterrorystycznego”. Nie odpowiada mi wizja świata podzielonego według nowych kryteriów. Raz w takiej rzeczywistości żyłem. Z przykrością stwierdzam, że nieprzemyślana i fundamentalistyczna polityka Stanów Zjednoczonych, będąca realizacją myślenia bipolarnego dzielącego świat na “my - oni” - zgodnie z mottem “albo jesteście z nami, albo przeciwko nam” - prowadzi świat do globalnego konfliktu. Nie ulega wątpliwości, że terroryzm jest śmiertelną groźbą dla ludzkości. Ale nie tylko dlatego, że obiektem ataku terrorystycznego może stać się każdy z nas, każdy mieszkaniec globu, ale także dlatego, że terroryzm stał się pretekstem do działań na arenie międzynarodowej i wewnętrznej, które stanowią groźbę dla praw człowieka i pokoju na świecie. A jej ofiarą - po zabiciu wszystkich terrorystów - będzie globalna wioska... Policyjna.


 

[1] O zagadnieniu “ropy kaspijskiej” szerzej pisałem w artykule „Afgańskie domino”, Sprawy Polityczne, nr 6/12, listopad-grudzień 2001, ss. 9-25.

[2] Szerzej na temat zagrożeń piszę w książce: “Afganistan: historia - ludzie - polityka”, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2001, na stronach 33-43.

 

 

 

 

Artykuł ukazał się w dwumiesięczniku RES PUBLICA NOVA:

http://respublica.onet.pl/1083036,artykul.html

http://katalog.czasopism.pl/spis_tresci.php?id_spisu=2739