Warszawa, 09.2001

 [oryginalny tekst, bez skrótów]

 

Byłem gościem Masuda

Piotr Balcerowicz

 

Późnolipcowy wieczór w Duszanbe. Wokół fontanny na głównym skwerze przed łososiowym budynkiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych rodziny z dziećmi będą jeszcze spacerować do późnych godzin nocnych. Świadczy to względnym zaufaniu mieszkańców do spokoju, jaki stopniowo zapanował w stolicy Tadżykistanu po latach wojny domowej. Tylko przed południem słyszalne były strzały z dochodzące ze wschodnich przedmieść Duszanbe. Ostrzał miasta to pozostałość wojny: oddziały Rachmona Sangina, pseudonim “Hitler”, zbliżył się niebezpiecznie do miasta. Jego ludzie chwilowo przejęli kontrolę nad długimi odcinkami głównej drogi prowadzącej z Duszanbe do Chorogu w Pamirze, miasta graniczącego z Afganistanem, i obszary między Duszanbe a Kuljabem w Tadżykistanie południowym.

Przyjechałem prosto z Batkenu w Kirgistańskiej częśli Doliny Fergany, gdzie co roku bojownicy islamscy powiązani z Dżumą Namanganim (Dżumanboj Chodżijew z miasta Namangan w Dolinie Fergany) i Osamą bin Ladenem podejmują walkę zbrojną, by ustanowić emirat. W Duszanbe dowiaduję się od przyjaciela, że jego stryj Ahmad Shah Masud, wie już o moim przybyciu, gotów mnie przyjąć w każdej chwili w Hodża Bahauddin i ofiarowuje swoją gościnę.

Oficjalnie minister obrony Islamskiego Państwa Afganistanu, Ahmad Szah Masud - jako niekwestionowany przywódca mudżahedinów - scala swoją charyzmatyczną osobowością zróżnicowaną mozaikę składającą się na demokratyczną opozycję walczącą z talibami, którzy ustanowili Islamski Emirat Afganistanu. Idea emiratu zakłada państwo, którego system prawny opiera się bezpośrednio na koranicznym prawie szarijatu, a władzę polityczną sprawuje emir, duchowy przywódca realizujący zasady islamu. Taką centralną postacią dla talibów jest mułła Omar. Koncepcja tak fundamentalistycznie pojętego państwa, obecnie obejmującego ok. 90 procent kraju, od samego początku była nie do przyjęcia nie tylko dla kręgów demokratycznych i elit intelektualnych w Afganistanie, ale także dla rzesz prostych wyznawców.

Jadę do granicznego Farchoru, gdzie 201. Zmechanizowana Dywizja Piechoty WNP udostępniła mudżahedinskim helikopterom lotnisko. Przyzwoita, bo asfaltowa droga pozwala przemierzyć stuosiemdziesięciokilometrowy odcinek drogi w 3 godziny. Tym razem zajmie mi to dwa razy tyle. Kierowca będzie kluczył po bezdrożach, starając się ominąć wsie zajęte przez Rachmona Sangina.

Zaledwie 20 kilometrów w linii prostej dzieli mnie od tadżyckiego lotniska w Farchorze do Hodża Bahauddin, po drugiej stronie rozlewisk Amu-darii, wyznaczających granicę tadżycko-afgańską. Obecną kwaterę Masuda zobaczę wpierw z góry. Za jego namową lecę najpierw do Basarak, jego rodzinnej wioski, położonej ok. 40 km na północ od Kabulu, w niedostępnej przełęczy Pańdżsiru. Pod mymi stopami przesuwają się nieprzyjazne, posępne szczyty Hindukuszu pokryte śniegiem. Gdzieniegdzie srebrzystą nitkę potoku okalają niewiele tarasy upraw na ziemi wydartej skałom. Jeśli chodzi o żywność, Afganistan jest całkowicie zależny od pomocy z zewnątrz. Bliżej Kabulu helikopter zniża lot i kluczy między szczytami: talibowe migi 21 czasami usiłują się zestrzelić jeden z kilkunastu starych helikopterów MI-17 Masuda.

Górską drogę nad rzeką Pańdższir znaczą co 30-50 metrów rozpłatane kadłuby czołgów, wozów opancerzonych i samochodów transportowych. Świadectwo, że przez dziesięć lat zaciekłych walk nie udało się wojskom radzieckim wtargnąć w te rejony. Po parogodzinnym spotkaniu z generałem Bismillą Chanem, głównodowodzącym frontu kabulskiego wyjeżdżam z doliny Pańdżsiru na płaskowyż Szemali. Z pobliskiego wzgórza lada chwila mogą paść strzały. Dżip kluczy wśród glinianych murów i zwartej wiejskiej zabudowy przez wiele kilometrów. Ciągnące się kilometrami popalone wsie są całkowicie wymarłe, a za niewysokimi murkami straszą wyschnięte pola ryżu i pożółkłe kikuty winorośli. To talibowie zniszczyli misterny system kanałów irygacyjnych, tworzony przez pokolenia, aby odciąć zaplecze mudżahedinom. Tutejszych mieszkańców spotkam potem w obozach dla uchodźców nawet setki kilometrów dalej. W rejonach górskich talibowie niszczą także ciągnące się kilometrami podziemne kanały nawadniające, z których niektóre zostały wydrążone jeszcze w średniowieczu, a ich wylotami były studnie. Wspinam się na podwyższone stanowisko mudżahedinów, gotowych do strzału. Na horyzoncie widać już przedmieścia tego, co kiedyś było wspaniałym Kabulem. Padają pierwsze strzały. Przycupnięci za wałem ziemnym częstujemy się z żołnierzami zeschniętymi karłowatymi winogronami, którym nie dane było dojrzeć.

Dołącza się do mnie adiutant pułkownika Babadżana. Przez dalszą część drogi będzie moim przewodnikiem. Przedzieramy się przez zajęte przez talibów tereny i docieramy do tajnego lotniska wojskowego w Bagrze, nie zaznaczanego na mapach. W czasach okupacji radzieckiej była to główna baza wojskowa najeźdźców. Dwadzieściaparoosobowy oddział Babadżana dokonał dwa miesiące temu rzeczy niemożliwej: dwudniowym szturmem przejął lotnisko, chronione przez ciężkie karabiny maszynowe, czołg i dwa wozy opancerzone talibów. Z kikuta wieży kontroli lotów, gdzie siedzę z Babadżanem, widać na obrzeżach stanowiska talibów.

W głębi doliny Pańdżsiru co kilka kilometrów trzymają się kurczowo stromych wzgórz usypane z gliny i kamieni domostwa uchodźców, choć w większości są to poszarpane płachty białoniebieskich namiotów. Głównym problemem to całkowity brak żywności i lekarstw. Dr Sayed, lekarz opiekujący się jednym z obozów z goryczą mówi, że świat o nich zapomniał: “Pomoc humanitarna z żywnością po raz ostatni trafiła do obozu zamieszkałego przez 18 tysięcy uciekinierów 9 miesięcy temu. Jeden worek pszenicy musieliśmy rozdzielić na dwie dziesięcioosobowe rodziny. Więcej nie było. Na jak długo mogło to starczyć?!” i dodaje: “Ludzie jedzą już trawę. A wodę pitną czerpią prosto z zanieczyszczonej rzeki. Czy nie trudno tu o epidemię?” Pod koniec września mogą tu spaść już pierwsze śniegi, a ludzie obozów nie mają żadnego obuwia ani cieplejszej odzieży.

Jest to tragiczne panoptikum. Rozmawiam z uciekinierem z Kabulu. Przed rokiem na ceremonię ślubną jego siostry zwabiły grupę talibów odgłosy muzyki. Jeden z nich zdarł z kobiety obowiązkowy czador, odkrywając zakazaną szminkę na ustach. Pannie młodej odciął nożem dolną wargę, a za słuchanie muzyki kilku domowników trafiło wprost do więzienia na dwa tygodnie. Dwóch innych uciekinierów z Kabulu wyjaśnia, że obcięto im uszy za słuchanie muzyki. Rozmawiam z szyickim uciekinierem z Mazar-i Szarif, zdobytego przez talibów w 1998 roku. Opowiada ze szczegółami, jak to cudem udało mu się po drodze uciec z kolumny więźniów, wywiezionej na pobliską pustynię, gdzie wszystkich żywcem zakopano w piachu, a opierających się rozstrzelano. Szacuje się, że masowe groby w samych tylko piaskach tej pustyni na obrzeżach płaskowyżu Lajli przy granicy z Turkmenistanem mogą kryć szczątki nawet 6-7 tys. mieszkańców, gł. szyickich Hazarów i tych, którzy czynnie bronili miasta.

Prawdopodobieństwo tych szacunków potwierdzi potem w Fajzjabadzie dr Sayed Mahfuz Badaksh, lekarz zajmujący się uchodźcami, oraz inż. Ghulam Dastagir, kierownik organizacji pozarządowej AFGHANAID, a także Mervyn T. Patterson, regionalny koordynator ONZ (UNOCHA / UNDP), który tuż przed atakiem talibów na Mazar-i Szarif opuścił miasto jako jeden z ostatnich obcokrajowców.

W wielu rejonach ziem zajętych przez talibów toczy się zbrojny opór. O desperacji wieśniaków, którym talibowie przy najmniejszych oznakach niezadowolenia niszczą kanały nawadniające i palą domostwa, świadczy przypadek kobiety z Nahrin w prowincji Baghlan, matki 8 synów, której męża broniącego domu zamordowali wiosną talibowie. W akcie desperacji utworzyła z synów i innych krewnych kilkudziesięcioosobowy oddział, poprzysięgając, że nie ustanie w walce aż do śmierci. Sama będąc Tadżyczką, śpiewa pieśń skomponowaną przez pasztuńską poetkę Malalai, nawołującą wszystkich do walki: “Jeśli nie podejmiesz walki, to upomnę się o moje mleko, które dało ci życie”. Świadczy to o tym, że konflikt afgański nie jest konfliktem etnicznym.

Rozmawiam z Masudem przez radio. Właśnie wrócił do Hodża Bahauddin z Tacharu, gdzie Talibowie trzy dni wcześniej przypuścili kolejny szturm. Jutro możemy się spotkać. Po miesiącach przygotowań, 16 czerwca Talibowie uderzyli na strategiczny wąwóz w Farcharze w prowincji Tachar. U boku pięciotysięcznego oddziału talibów, wspieranego czołgami, artylerią i migami, walczą regularne oddziały armii pakistańskiej i drużyny bojowników przeszkolonych przez Osamę bin Ladena. Będę miał potem okazję porozmawiać z niektórymi z nich - w obozie jenieckim, gdzie dowiem się o planach ataku na Nowy Jork i Waszyngton. W lipcu do sił talibów w Tacharze dołączyły oddziały pod wodzą Dżumy Namanganiego, uzbeckiego terrorysty związanego z bin Ladenem, który jeszcze rok wcześniej przedarł się przez całe terytorium Uzbekistanu i zbliżył się do Taszkentu na odległość 80 kilometrów, na moich oczach zamieniając stolicę Uzbekistanu w oblężone miasto.

Przed zmierzchem przylatuje po mnie helikopter. Rano mam lecieć do Hodża Bahauddin na spotkanie z Masudem. Jednak rano mgła zasnuwająca przesmyki między skalnymi szczytami uniemożliwia przelot nad Hindukuszem. Jestem zablokowany w Pańdżsirze na kolejnych pięć dni.

W końcu docieram do Hodża Bahauddin - po niespełna półtoragodzinnym locie. Podróż dżipem wzdłuż dolin trwałaby niemalże dwie doby bez ustanku. Od jego zaufanego sekretarza dowiaduję się, że w międzyczasie Masud jest znowu na froncie w Tacharze. Z uwagi na nasilenie działań zbrojnych odwołał wszystkie swoje spotkania na co najmniej tydzień. Nie wiadomo, kiedy należy się go spodziewać. Zatrzymuję się tymczasem w jego pokoju gościnnym. Zaskakuje niezwykle skromny wystrój parterowych budynków złożonych z glinianych cegieł suszonych na słońcu. Tu mieści się faktyczne centrum dowodzenia Północnego Sojuszu, zjednoczonych sił demokratycznej opozycji afgańskiej. Tu mieszka też niezwykle skromnie charyzmatyczny przywódca owiany legendą.

W równie prostych pomieszczeniach ulokowane są na obrzeżach wsi ministerstwa; finansów, edukacji, zdrowia. To przede wszystkim z osobistych sekretarzy Masuda składa się cała administracja Islamskiego Państwa Afganistanu. Skromne biuro pełniące rolę ministerstwa finansów posiada zaledwie dwa przestarzałe komputery. Energię czerpią z maleńkiego generatora. Nikt w tych prowincjach Afganistanu nie pamięta chyba już czasów, kiedy istniała jakakolwiek infrastruktura umożliwiająca produkcję i przesyłanie prądu.

Gdy staram się wieczorem usunąć usterkę w jednym z dwóch ministerialnych komputerów, za mną majaczy jeden z sekretarzy ciężko chory na malarię. Spotkam jeszcze kilkanaście ofiar malarii zbierającej tragiczne żniwo wśród malarycznych rozlewiskach Amu-darii. Choć uleczalna, w wielu wypadkach nadal malaria kończy się w wielu wypadkach śmiercią z braku jakichkolwiek lekarstw. Pozarządowe organizacje niosące pomoc humanitarną, takie jak Medicines Sans Frontiers, Afghanaid czy francuskie Acted są całkowicie bezradne.

W najlepiej zaopatrzonym w tej części Afganistanu szpitalu - prowadzonym przez włoską organizację pozarządową Emergency - położonym ok. 15 kilometrów od linii frontu kabulskiego w wiosce Anoba jestem świadkiem amputacji przeprowadzanej jedynie przy symbolicznym znieczuleniu miejscowym. W Fajzjabadzie i innych frontowych szpitalach zobaczę podobne operacje przeprowadzane bez jakiegokolwiek znieczulenia na ofiarach działań frontowych i wszędobylskich min. Ocenia się, że spośród ponad stu milionów min lądowych na świecie, dziesiąta część tkwi w ziemi afgańskiej.

Lekarzy najbardziej przeraża widmo cholery. Jeszcze na początku roku w prowincji Badghis na północnym zachodzie na cholerę zmarła prawie setka ludzi. Zarazki cholery szybko się rozprzestrzeniają wraz ze skażoną wodą. Nikt nie wie, ile osób zmarło w ten sposób w ciągu ostatniego miesiąca w wąwozach prowincji Balch, położonej 400 km dalej na wschód, niedaleko nowej linii frontu. Niemal codziennie słyszę nieustannie uaktualniane dane, które brzmią tak samo: “23 lipca w ciągu ostatniej doby zmarło na cholerę 43 mieszkańców w okolicach wsi Aaczkoprok” itd. Ludność prowincji od lat buntuje się przeciwko talibom, a w odpowiedzi talibowie zamknęli wąwozy i nie dopuszczają jakichkolwiek lekarstw i pomocy humanitarnej, czekając aż cholera sama wyniszczy opozycję. Medicines Sans Frontiers alarmują, że epidemia może się w każdej chwili rozprzestrzenić i dotrzeć także do dwustutysięcznego Fajzjabadu, gdyż ogromne połacie kraju połączone są kanałami nawadniającymi, skąd wszyscy czerpią także wodę pitną.

Jeszcze dziesięć lat temu Fajzjabad, położony nad górską rzeką Wardudż, był niewielkim miasteczkiem liczącym ok. 20 tysięcy mieszkańców. Pozarządowe organizacje niosące pomoc humanitarną szacują, że w ciągu ostatnich 4 lat liczba mieszkańców wzrosła do 200 tysięcy. Przybyszów wygnała z rodzinnych stron perspektywa głodu i strach przed talibami. Ponad połowa uchodźców na świecie, wliczając uchodźców wewnętrznych, to Afgańczycy.

Tegoroczne lato jest wyjątkowo upalne. Żar spływa z ciała wraz ze skórą, bolą gałki oczne. Temperatura dochodzi do 49 stopni w południe.

Otaczająca nędza jest przerażająca. Standard odpowiada poziomowi życia w kalkuckich slumsach. Tym co odróżnia, jest schludność i dbałość o porządek. Na blaszanych drzwiach bogatszego domu z gliny bieleje w poprzek wyblakły napis: “OGNEOPASTNO”. To pozostałość po radzieckiej cysternie, wysadzonej jeszcze przed kilkunastoma laty. Na uboczu niewielkiego bazaru siedzi szewc usiłujący zszyć plastykowy sandał, którym pogardzono by w slumsach indyjskich. Na obrzeżu piaszczystego majdanu-bazaru w stan paniki wprawia moje nozdrza najpotworniejszy fetor mego życia. To garbarnia. Na klepisku po kostki zalanym nieczystościami stoi starszy - a może zniszczony życiem - mężczyzna i nawija na nagie ramię cienkie, wielometrowe jelito baranie. Nic się nie może zmarnować.

Z Daudem, operatorem filmowym telewizji afgańskiej, udajemy się do lepszej restauracji we wsi. Rodzimej produkcji colę - proszek rozpuszczony w wodzie z pokruszonym lodem - serwują nam w pogiętych puszkach po Coca Coli, pełniących rolę szklanek. W miseczkach - podrdzewiałych puszkach po konserwach - otrzymujemy po porcji lodów. Stylizowane na łabędzie, z doprawioną wyrzeźbioną lodową głową i skrzydłami, o jedwabistej konsystencji i z najprawdziwszą wanilią, bez syntetycznych “dobrodziejstw” Zachodu i glutaminianu sodu, polane syropem wiśniowy, są najsmakowitszymi lodami świata. Wyrabia się je w ogromnych drewnianych beczkach pełnych pokruszonego lodu, jaki się w blokach zwozi z gór.

Następnego dnia jadę do pobliskiego Ai Chanom, ruin miasta założonego przez Aleksandra Macedońskiego, a pomyślanego jako tymczasowa stolica jego imperium. Wybudował je dla swojej sogdyjskiej żony Roksany na znak przymierza z Sogdyjczykami, co zapewniło mu pokój na rubieżach północnowchodnich i umożliwiło mu dalszą ekspansję aż po Indus. Nawet nie znamy prawdziwej nazwy tej wschodnioirańskiej “Aleksandrii”. Odcinek 35 kilometrów przebywam dżipem w niespełna 3 godziny. Szlak składa się przede wszystkim z wyrw, poprzecinanych sporadycznie wałami ziemnymi, po których szoruje podwozie mojego UAZa. Tej drogi nie przebędzie w stanie nienaruszonym żaden dżip produkcji zachodniej. Miałki pył wypełniający płuca jest wszechobecny.

Stromym zboczem staczamy się w wąwóz, a w dole skrzy się w popołudniowym słońcu rozlewisko bezimiennego dopływu Amu-darii. Mijam wioskę i wyjeżdżam zza kępy drzew. Padają strzały z przeciwległego wzgórza. To snajperzy talibów dają znać, że znajduję się już między linią frontu. Dżipa zostawiam w wiosce ukrytego pośród kamiennych murów otaczającymi tarasy ryżowe. Przesiadam się na konia i dalej będzie mi towarzyszyło trzech wieśniaków jako przewodników. Gdy jadę z nimi, zarośnięty, ubrany w tradycyjny strój afgański perom tombon, z głową zawiniętą chustą dastmol, nie widać ze wzgórz, że jestem obcy. Przez półtorej godziny jedziemy stępa lub galopem konno bez strzemion płytkimi, kamienistymi korytami rozlewisk. Po stronie zachodniej z lewej strony na górach rozciągają się stanowiska artylerii talibów. Po prawej ręce nad głową wymierzone są nad moją głową działa mudżahedinów. W każdej chwili mogą paść strzały. Od wzgórza, niemal u celu, wspinam się na nie już pieszo.

U moich stóp Amu-daria łączy się ze swoim dopływem. Niewielki płaskowyż rozdziela trzy pasma górskie: talibów, mudżahedinów, a na trzecim północnym wzgórzu majaczą w lornetce sylwetki uzbrojonych żołnierzy WNP chroniących granicę tadżycką. Pośrodku rozpościera się gigantyczne kretowisko. To właśnie tu Aleksander i Roksana spędzili ze sobą poślubne chwile, tu wyrosło wielkie miasto kupieckie na ważnym szlaku handlowym łączącym Baktrię z Helladą, by przekształcić się w przyszłości w ważny węzeł na jedwabnym szlaku. Jeszcze w latach siedemdziesiątych wyraźnie był zarysowany plan murów, fragmenty zabudowań i pozostałości świątyni Zeusa nad samą piaszczystą łachą Amu-darii. Obecnie jedyne dowody na istnienie miasta można zobaczyć w Hodża Bahauddin w czajchanie (tradycyjnej herbaciarni) - obłupane i pomalowane farbą olejną kapitele świątyni Zeusa, postawione do góry nogami, na których stoją słupy wspierające drewniany strop.

Tam, gdzie wieńczyły one marmurowe kolumny, można się w całości ukryć w głębokich jamach - nielegalnych wykopaliskach. To tutaj w zamian za symboliczne wynagrodzenie szukają hellenistycznych skarbów uciekinierzy zamieszkujący pobliski obóz dla uchodźców. Znaleziska natychmiast przerzucane są na Bliski Wschód. W tym i podobnych miejscach wydobywa się prawdziwe skarby. W rozmowie Ahmad Szah Masud potwierdza uzyskaną przeze mnie informację, że w Dolinie Pańdżsiru rabusie wykopali posąg złotego cielca, który następnie sprzedali w Peszawarze za 3 miliony dolarów. Zapewne jedno z najcenniejszych znalezisk w historii Afganistanu. Tego lata mój przyjaciel z Uniwersytetu Wiedeńskiego badał w jednej ze skandynawskich stolic bezcenny manuskrypt buddyjski, jaki bogaty kolekcjoner zakupił na jednej z takich giełd w Emiratach Arabskich za 100 tysięcy dolarów. W taki też sposób rozpłynęła się w prywatnych kolekcjach bezcenna zawartość słynnego Muzeum Kabulskiego. Pod warunkiem, że uniknęła zniszczenia z rąk samych talibów w czystkach kulturowych, których ofiarą padły posągi Buddy.

Padają strzały. Wypatrzyli mnie snajperzy talibów. Wskakuję do najbliższej jamy po wykopaliskach. Mudżahedini odpowiadają ogniem artyleryjskim. Dialog wzbogaca się o pomrukiwanie czołgów i jazgot wyrzutni rakiet talibów. Do miejsca, gdzie zostawiłem konia, mam do przejścia prawie dwa kilometry. Każdy kolejny świst oznajmia, że za moment rozpryśnie się obok pocisk rakietowy. Mam 2-3 sekundy, by szukać osłony na najbliższej jamie. W końcu znajduję najbezpieczniejsze miejsce tuż za czołgiem okopanym na szczycie wzgórza. Po kilku godzinach, tuż po zachodzie słońca nastaje długo wyczekiwana cisza.

Wracam do kwatery Masuda. Nadal nie ma wiadomości, kiedy powróci z tacharskiego frontu. Decyduję się rano lecieć do Fajzjabadu, gdzie jestem umówiony na serię spotkań z prezydentem Islamskiego Państwa Afganistanu, Burhanuddinem Rabbanim, ongiś wykładowcą prawa koranicznego i teologii na Uniwersytecie Kabulskim. U wezgłowia łóżka Masuda zostawiam jedynie notatkę. Następnego ranka helikopter, który ma mnie unieść do tymczasowej stolicy demokratycznej opozycji, zapuszcza silniki. Dzwoni radiotelefon. To Masud. Wyjaśnia, że wrócił nad ranem i nie spał prawie dobę. Właśnie wstał i przeczytał kartkę ode mnie. Za 20 minut możemy się już zobaczyć. Jutro wraca na front. Wyskakuję z helikoptera. Spędzamy na rozmowach resztę dnia. Z prezydentem Rabbanim spotkam się dwukrotnie za kilka dni.

Po niespełna miesiącu staję na granicy, nad brzegiem rzeki Pańdż, ok. 170 km na południe od Chorogu. To tam rozpoczyna się narkotykowy szlak, który przez wiele dni będzie mnie prowadził przez góry Pamiru, przez strefę zamkniętą dla postronnych. Droga powiedzie też przez tzw. Korytarz Wachański, dzikie góry Hindukuszu, ziemię niczyją, dawną strefę buforową między kolonialnym imperium brytyjskim  i rosyjskim. Opuszczam kraj wyjątkowy, przejmujący swym pięknem i cierpieniem, kraj ludzi wzbudzających najszczerszy szacunek swą gościnnością, godnością, szlachetnością i honorem. W kilka dni przebędę kilka stuleci. Za miesiąc, po przyjeździe do Warszawy, wysepki bogactwa w oceanie nędzy krajów Trzeciego Świata, ktoś mnie zapyta, czy bieda w Afganistanie przypomina może ubóstwo Białorusi? Z tamtej perspektywy Białoruś też znajduje się na wyspie bogactwa.

Już za kilka dni, 17 sierpnia, dowiem się, że tadżyckim wojskom rządowym udało się rozbić oddział Rachmona Sangina, a jego samego wraz z sześćdziesięcioma innymi towarzyszami broni zabić. Po tadżyckiej stronie granicy będzie to kolejny krok na drodze do zamknięcia rozdziału pt. “wojna domowa”. Zadaję sobie wówczas pytanie, ile takich kroków będzie trzeba należało uczynić na afgańskich bezdrożach?

 

 

 

Pierwotny tekst został opublikowany w tygodniku

jako “W drodze do Masuda” Polityka nr 41, 13.10.2001, pp. 100-105:

http://polityka.onet.pl/162,1066660,1,0,2319-2001-41,artykul.html