Warszawa, 9.03.2003

 

Zmierzch Zachodu.

Zanim na Bagdad spadną pierwsze bomby

Piotr Balcerowicz

 

Poniższy artykuł powstał na tydzień przed amerykańską inwazją na Irak w 2003 r. Polskie periodyki (w tym Rzeczpospolita, Gazeta Wyborcza, Polityka, Wprost) odmówiły jego publikacji.

 

Pierwsze bomby, jakie spadną na Irak, rozpoczną nowy rozdział w historii świata. Rezultatem może być obnażenie faktu, że rzeczywistym dorobkiem cywilizacji zachodniej nie jest, jak byśmy sobie tego życzyli, świat idei – tolerancji, demokracji i społeczeństwa otwartego – lecz gra ekonomiczna, bezrefleksyjna myśl technologiczna i arsenały. Ta wojna dotyczy Europy i Polski w dużo większym stopniu, niż można by w pierwszej chwili sądzić, albowiem determinuje on na dziesiątki lat globalny układ geopolityczny i określa warunki, na jakich porozumiewać się będą narody i rozwiązywać w przyszłości konflikty.

Konsekwencje tej wojny należy rozważyć na kilku poziomach, a wszystkie mniej lub bardziej bezpośrednio będą wpływać w dłużej perspektywie na losy Europy.

Unilateralna decyzja rządu amerykańskiego o rozpoczęciu wojny narusza zasady współżycia międzynarodowego, jakie były stopniowo wypracowywane w ciągu ostatniego wieku po szoku I i II Wojny Światowej, w ramach Ligi Narodów, ONZ oraz innych organizacji międzynarodowych. Myślą przewodnią było wypracowanie takich mechanizmów, które umożliwią pokojowe rozwiązywanie konfliktów i zapobieżenie przyszłym globalnym konfliktom. Była to projekcja myślenia w kategoriach demokracji na płaszczyznę międzynarodową.

W tym świetle odrzucenie przez Radę Bezpieczeństwa ONZ projektu rezolucji w formie przedłożonej przez USA i Wielką Brytanię nie pociągnie za sobą żadnych skutków: USA i bliscy koalicjanci deklarują, że gotowi są przystąpić do wojny nawet bez międzynarodowego przyzwolenia. Osłabi to autorytet ONZ, ale też postawi znak zapytania nad sensem istnienia tej organizacji. Z drugiej zaś strony do upadku prestiżu ONZ doprowadzi zaakceptowanie projektu rezolucji przez Radę Bezpieczeństwa! Korzystna dla USA decyzja Rady Bezpieczeństwa będzie wymuszona przez USA środkami, które daleko wykraczają poza zwyczajowe metody lobbingu. Obejmują one m.in. stały podsłuch przedstawicieli państw–członków Rady Bezpieczeństwa, o czym na początku marca informowała brytyjska prasa (m.in. The Observer, 2.03.2003), czy wywieranie nacisku środkami ekonomicznymi “marchewki i kija”. Nieustępliwa Turcja nęcona jest obietnicą 26 miliardów dolarów “rekompensaty” za zgodę na stacjonowanie 62 tysięcy żołnierzy amerykańskich na jej terytorium i zezwolenie na podjęcie działań zbrojnych z jej terytorium. Złożenie takiej propozycji finansowej, której celem jest osiągnięcie określonej decyzji, ma swoją nazwę. Zawzięty przeciwnik wojny – Niemcy spotykają się z groźbą przeniesienia amerykańskich baz wojskowych z niemieckiego terytorium i ograniczenia amerykańskich inwestycji w Niemczech. Groźbom tym towarzyszą deklaracje, że w przyszłości niemieckie firmy mogą napotkać na poważne trudności w publicznych przetargach – także w ramach organizacji międzynarodowych, w które zaangażowane będą amerykańskie fundusze. Groźby te pośrednio sygnałem skierowanym do krajów – członków Rady Bezpieczeństwa, w tym Meksyku, Kamerunu, Kolumbii czy Bułgarii, które przechodzą poważne trudności gospodarcze czy znajdują się w okresie transformacji ustrojowej. W wypadku Bułgarii działania USA już odniosły spodziewany rezultat.

Bez względu na ostateczny wynik głosowania w Radzie Bezpieczeństwa nad rezolucją stawiającą ultimatum Irakowi, ONZ, a w szczególności Rada Bezpieczeństwa, znalazły się w sytuacji patowej. Zostały one relegowane do roli listka figowego, a ich rzeczywista rola decyzyjna ograniczona.

Plany wojenne ignorują apele wspólnoty międzynarodowej wyrażanie także w ramach innych struktur międzynarodowych: w tym na lutowym szczycie Ruchu Krajów Niezaangażowanych, zrzeszającym ponad 150 państw, czy marcowym szczycie Ligi Arabskiej, najważniejszej organizacji regionalnej wokół Iraku. Osobnym zagadnieniem jest prawo do ignorowania przez przywódców politycznych, wybranych w demokratycznych wyborach, masowych protestów antywojennych.

Wezwanie do stworzenia międzynarodowej “koalicji antyterrorystycznej”, składającej się z państw dobrowolnie przyłączających się do USA – poza strukturami ONZ – ustanawia nową zasadę: rozwiązywania nieporozumień z pozycji siły, a nie w drodze rokowań i negocjacji. Model ten łatwo da się przenieść z płaszczyzny globalnej na poziom regionalny. Idąc za przykładem supermocarstwa w jakimkolwiek regionie świata kraj silniejszy militarnie może wedle własnego uznania otworzyć konflikt zbrojny, by osiągnąć własne regionalne cele, pod warunkiem, że dysponuje odpowiednio silną armią.

Amerykańskie plany wojenne zbiegają się z decyzją o poszerzeniu Unii Europejskiej i dyskusją o jej politycznej przyszłości. W obliczu głębokiego rozłamu w obrębie Unii i państw kandydujących bezprzedmiotowa stała się dyskusja na temat ewentualnego urzędu europejskiej prezydentury czy europejskiego ministerstwa spraw zagranicznych, czy też europejskiej konstytucji. Potrzebę powołania instytucji politycznych, które spójniej reprezentowałyby Europę na arenie międzynarodowej niż do tej pory czyniła Komisja Europejska, podnoszono w różnych środowiskach już od dawna. Wedle niektórych wzmocniłyby one Europę nie tylko politycznie – a może przede wszystkim militarnie – ale także gospodarczo. W tym świetle “list ośmiu”, w tym Polski, wyrażający poparcie wojennej polityki amerykańskiej bardziej sprzyja interesom USA niż samej Europy.

USA nie ukrywają, że w wojnie zamierzają użyć m.in. broni nuklearnej nowej generacji: małych bomb jądrowych do niszczenia bunkrów. Jest to odejście od kolejnej zasady, którą kierowały się wszystkie światowe mocarstwa – w tym ZSRR i Chiny – nawet w okresie zimnej wojny, zgodnie z którą broń jądrowa ma charakter odstraszający i defensywny. W walkach ulicznych w Bagdadzie planuje się wykorzystać gazy bojowe, co z kolei łamie odrębne konwencje międzynarodowe. Są to te same konwencje, na jakie powołuje się administracja amerykańska uzasadniając konieczność usunięcia Saddama Hussajna. Czy cel uświęca środki?

Bez względu na to, jak długo wojna będzie trwać, najważniejszy pozostaje jej wymiar humanitarny. Organizacje humanitarne przygotowują się na ogromną falę uchodźców. Oblicza się, że w wyniku wojny zostanie przesiedlonych co najmniej 2 miliony ludzi. Jest to liczba jednostkowych tragedii osobistych, utraty życia, rodziny, majątku czy godności.

Ostrożne szacunki wskazują, że każdy miesiąc działań zbrojnych będzie kosztował Pentagon dodatkowo – poza sumami normalnie wydawanymi na utrzymanie armii – co najmniej 29 miliardów dolarów. Gdy zsumujemy koszty prowadzenia działań wojennych, koszty utrzymania armii amerykańskiej w Iraku po obaleniu Saddama Hussajna, oraz koszty zniszczeń w samym Iraku, w tym straty gospodarcze państw ościennych, to okaże się, że mówimy o co najmniej 300 miliardach USD. W porównaniu z tą sumą kwoty przeznaczone przez całą społeczność międzynarodową na odbudowę Afganistanu z powojennych zniszczeń wydają się mikroskopijne: 4,6 miliarda dolarów rozłożone na 5 lat! Możemy zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście zmiana rządów w Iraku jest aż ważniejsza, niż poprawienie poziomu życia w najbiedniejszych krajach świata? Czy Stany Zjednoczone wyniosły jakąkolwiek naukę z 11 września o przyczynach terroryzmu? Czy rzeczywiście za deklaracją wojny stoi intencja zdławienia międzynarodowego terroryzmu?

Trudno się dziwić, że autorytety moralne na świecie – od Dalajlamy po Papieża i religijnych przywódców muzułmańskich – zgodnie potępiają plany wojny, wskazując, że żadną miarą nie da się jej usprawiedliwić moralnie.

Nie daje się ona także uzasadnić jako wojna prewencyjna. I tutaj dotykamy tezy przyjmowanej raczej na wiarę, niż uzasadnialnych racjonalnie, zgodnie z którą Saddam Hussajn jest zagrożeniem dla świata. Argumenty zwolenników ataku na Irak są wyrazem nieznajomości albo historii tego regionu, albo uwarunkowań społeczno-kulturowych, a także na krótkowzroczność.

Sprowadzają się one do dwóch podstawowych twierdzeń: Irak posiada niedozwoloną broń i zagraża bezpieczeństwu świata.

Rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 687 objęła Irak zakazem posiadania rakiet o zasięgu przekraczającym 150 km, a więc takim, jaki zagrażałby sąsiadom. Większość rakiet, jakie Irak posiada, to uzbrojenie krótkiego zasięgu, zgodnego z rezolucją ONZ. O tym, że Irak posiada około 120 rakiet Al Samoud II, wiadomo było od dawna. Dopiero najnowsze testy wykazały jednak, że ich usprawniona konstrukcja o 33 kilometry przekracza dozwolony zasięg. W rezultacie Irak przystąpił do niszczenia zarówno tych rakiet, jak i środków do ich produkcji.

Pozostałością po Wojnie w Zatoce może być kilka rakiet typu Scud B (na bazie niemieckiej V2) o zasięgu ok. 297 km. Wg brytyjskiego dossier mogłoby być ich od 15 to 80 sztuk. Nawet jeśli istnieją, straciły jednak zdolność operacyjną i nie nadają się do użytku. Pod koniec lat 80-tych Irak prowadził badania nad rakietami al-Hussein o zasięgu 650 km. Inspektorzy międzynarodowi nie natrafili na żadne ślady tych dwóch typów rakiet, pomimo korzystania ze zdjęć satelitarnych.

Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych (International Institute for Strategic Studies) w Londonie oraz szereg innych instytutów badawczych podkreślają zgodnie, że “żadna z tych dwóch typów rakiet nie nadaje się do skutecznego przenoszenia broni chemicznej czy biologicznej”. Należy podkreślić, że to właśnie na badaniach wspomnianego instytutu opierało się słynne brytyjskie dossier Tonny’ego Blaira, mające uzasadniać interwencję zbrojną. Pod koniec wojny z Iranem Irak usiłował ulepszyć konstrukcję rakiety Scud, która miała osiągnąć zasięg 902 km. Jedyne testy nad tymi rakietami, jakie do tej pory przeprowadzono, odbyły się w 1988 roku i zakończyły się niepowodzeniem. Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych podkreśla, że “Irak nie posiada obecnie zdolności stworzenia rakiet dalekiego zasięgu i będzie potrzebował w tym celu kilku lat oraz pomocy zagranicznej”. Ostatnie raporty tego instytutu wskazują również, że “Irak potrzebuje około dekady oraz znacznej pomocy zagranicznej, by stworzyć bombę nuklearną”.

Saddam Husssajn prowadził dwie wojny. Obie miały na celu utrzymanie się przy władzy. Po zwycięstwie rewolucji islamskiej w Iranie Ajatollah Chomeini nie ukrywał, że będzie zamierzał eksportować szyicką rewolucję na teren Iraku, gdzie wcześniej spędził 16 lat. Szyici stanowią w Iraku ok. 60% ludności i przewrót w Iranie mógłby zapoczątkować zjawisko domina. Atak na Iran miał temu zapobiec. Broń chemiczna została użyta przez Hussajna w tej wojnie dwojako. Po raz pierwszy w sytuacji, gdy armia irańska odparła atak, przeniosła linię frontu na teren Iraku opanowała iracki półwysep Al Faw. Po raz drugi w marcu 1988 roku w kurdyjskiej wsi Halabdża, by zdławić powstanie kurdyjskie.

Obydwie te sytuacje – godne potępienia i ludobójcze – ograniczały się wyłącznie do terenu Iraku i sytuacji, które zagrażały egzystencji państwa irackiego w obecnych granicach. W rakietach Scud, które Irak wystrzelił w stronę Izraela podczas Wojny w Zatoce, nie było jednak ani broni chemicznej, ani biologicznej. Również druga wojna – agresja na Kuwejt – miała podobny cel: utrzymanie się Saddama Hussajna przy władzy. Zrozumienie rzeczywistych intencji irackiego dyktatora i zgłębienie jego rysu psychologicznego ukazuje, że jego zamierzenia ograniczały się zasadniczo do terytorium Iraku.

Trudno też wiązać postać Saddama Hussajna, sekretarza generalnego socjalistycznej partii Baas, twórcy świeckiej dyktatury, widzącego w religii zagrożenia dla własnej władzy, ze skrajnymi organizacjami islamskimi. Wszak przed długi czas figurował on na czele listy arcywrogów al-Kaidy.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie bronił Saddama Hussajna. Niestety, retoryka wojenna spowodowała, że konstruktywne możliwości rozbrojenia Iraku oraz zainicjowanie procesu przemian, które mogłyby ostatecznie doprowadzić do budowania demokracji w Iraku, zeszły na odległy plan. Wykazywanie krótkowzroczności planom wojennym odbierane jest jako obrona reżimu irackiego. Nic bardziej błędnego!

Paradoksem jest, że gazy bojowe użyte przez Irak w wojnie z Iranem oraz szczepy wąglika, jakie wówczas posiadał Irak, były rezultatem wizyty Donalda H. Rumsfelda, sekretarza obrony USA, w Bagdadzie w grudniu 1983 roku. Podobnie Osama Bin Ladden został wykreowany jako antidotum przeciwko obecności ZSRR w Afganistanie. Tym ważniejsze w tym świetle wydaje myślenie perspektywiczne: gdy zamierzamy teraz rozwiązać określony problem, nie powinniśmy rodzić nowych, które uaktywnią się za 10 lat.

Wygrana militarna – która jest bezdyskusyjna – oznaczać będzie zmierzch cywilizacji zachodniej. Czy my – spadkobiercy Hellady – mamy cokolwiek do zaoferowania światu poza McDonaldem i militarnymi grami komputerowymi? Czy dorobek cywilizacyjny polega wyłącznie na postępie technologicznym, a sens naszej egzystencji sprowadza się li tylko to bycie konsumentem w supermarkecie? Ludzie nie są pionkami, do których można przyłożyć mechaniczne prawa ekonomii czy polityki. Wiele niepowodzeń w tych dwóch dziedzinach bierze się z nieuwzględnienia czynników kulturowych.

Ziemia się skurczyła. W wyniku globalizacji i rozwoju technologicznego światy, cywilizacje i kultury – ongiś odległe o setki i tysiące kilometrów – spotykają się dziś codziennie twarzą w twarz. Teza Huntingtona o zderzeniu cywilizacji jest dla badacza kultur dużym uproszczeniem. Stanowi ona jednak sygnał, że w wyniku nierozważnych działań zjawisko międzycywilizacyjnej wojny może stać się faktem - bezmyślnym tworem samego człowieka. Nowa sytuacja wymusza wypracowanie nowych mechanizmów porozumiewania się między kulturami. Taką płaszczyzną jest idea otwartości, demokracji czy neutralności światopoglądowej struktur politycznych. Każdy zgodzi się chyba z tezą, że wcielenie demokracji w życie w regionie bliskowschodnim czy w Iraku jest kluczowe dla bytu nas wszystkich.

Rozumie to wielu Europejczyków czy chrześcijan, ale także wielu Arabów czy przedstawicieli świata islamu. Jednak w pewnych środowiskach muzułmańskich koncepcja demokracji i społeczeństwa otwartego odbierana jest jako twór specyficznie zachodni. Odbiciem tego przekonania były rozmowy, jakie prowadziłem w wielu krajach muzułmańskich z autorytetami religijnymi, teologami czy znawcami prawa koranicznego, z Burhanuddinem Rabbanim, ówczesnym prezydentem Afganistanu czy z Wielkim Muftim Jerozolimy i Ziemi Świętej. Demokracji przeciwstawiają oni rozwiązania przewidziane prawem szariatu. Demokracja ma to do siebie, że opatrzona przydawką czy orzecznikiem, zatraca sens: zarówno “demokracja ludowa”, jak i “demokracja wprowadzona przez wojsko”. Podejmowanie wojny w Iraku, której rzeczywistym celem jest dostęp do zasobów energetycznych i nowa konfiguracja światowego układu władzy, powoduje, że idea demokracji ulega deprecjacji. W rezultacie zostają potwierdzone obawy skrajnych religijnie środowisk, że rozprawianie o demokracji i prawach człowieka jest zachodnim instrumentem służącym do neokolonializacji świata. Tym samym idea demokracji zostanie zdyskredytowania przez działania armii amerykańskiej, która mą tę demokrację przynieść.

Retoryka wojenna już odniosła niepożądany skutek i doprowadziła do wzrostu postaw skrajnie fundamentalistycznych. Skrajne ugrupowania religijne zdobyły zaskakująco dużo miejsc w zgromadzeniach narodowych we wszystkich krajach muzułmańskich, w jakich odbywały się wybory w ciągu ostatnich kilku miesięcy: w Pakistanie 78 miejsc na 392, w Bahrajnie ponad połowa miejsc w 40-osobowym parlamencie, w Maroku 42 miejsca na 325. W 540-osobowym parlamencie tureckim ponad 350 zdobyła niespodziewanie Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, odwołująca się do zasad islamu. W najnowszych wyborach w Iranie dramatycznie ucierpiał obóz reformatorów zgromadzonych wokół prezydenta Chatamiego, sukces odnieśli strażnicy rewolucji islamskiej i ugrupowania związane z Ajatollahem Chamaneim.

Czy po wojnie – kiedy o losach świata arbitralnie będzie decydował jeden ośrodek władzy – nadal będziemy w stanie racjonalnie uzasadnić intelektualny dorobek cywilizacji zachodniej? Także sami przed sobą?

Nie ulega wątpliwości, że na płaszczyźnie kontaktów międzykulturowych cofniemy się o kilkaset lat. A na gruzach Iraku – o ile nie zostanie pogrzebany w wojnie domowej między szyitami, sunnitami i Kurdami – zacznie się rodzić fundamentalistyczna republika islamska. Należy wówczas mieć nadzieję, żeby ten fundamentalizm nie zaczął rozpalać umysłów wyznawców islamu na całym świecie, mieszkających także na Zachodzie.