Beirut, Liban, 11.02.2002

 [pełen tekst, bez skrótów]

 

 

Mohammad Raad

deputowany do Parlamentu Libańskiego z ramienia

Hezbollahu

11 lutego 2002 r., Beirut, Liban

rozmawiał

Piotr Balcerowicz

 

Mohammad Raad należy do ścisłego kierownictwa partii Hezbollah ("Partii Boga") i jest przewodniczącym klubu parlamentarnego tej partii, deputowanym z okręgu Nabatijeh w południowym Libanie.

 

Piotr Balcerowicz: Zasiada pan w Parlamencie z ramienia partii Hezbollah od 1992 roku, tj. od pierwszych wyborów przeprowadzonych po zakończeniu wojny domowej w Libanie. Jak duży liczebnie jest obecnie klub parlamentarny Hezbollahu?

Mohammad Raad: Całe ugrupowanie parlamentarne Hezbollahu liczy 12 posłów z różnych grup religijnych. Członków samego Hezbollahu jest ośmiu. Większość to szyici, ponadto dwóch sunnitów oraz jeden chrześcijanin maronita. Dodatkowo z partią Hezbollah współpracuje w jednym bloku  w Parlamencie czterech posłów  symatyzujących z nami.

PB: Można by z tego składu odnieść wrażenie, że ugrupowanie parlamentarne Hezbollahu, który uchodzi za partię szyicką, to ponadreligijna koalicja!

Mohammad Raad: Hezbollah jest mimo wszystko partią religijną. W tym wypadku mamy do czynienia jednak z tolerancją i otwartością ideologiczną Hezbollahu, który zaprasza do współpracy ludzi różnych wyznań.

Bierze się to stąd, że nasza platforma polityczna i programowa ma charakter ogólnonarodowy, a nie religijny.

PB: Jakie są wobec tego główne cele polityczne Hezbollahu?

Mohammad Raad: Naszym głównym celem jest budowa nowoczesnego państwa libańskiego, które zagwarantuje ludziom swobodę wypowiadania swoich poglądów. Dążymy do stworzenia szerokiego porozumienia między wszystkimi społecznościami w Libanie. Takie porozumienie miałoby bezpośredni wpływ na sposób życia i relacje społeczne. Jest to tym istotniejsze, że - jak wiadomo - Liban zamieszkuje wiele grup wyznaniowych. Nie byłoby sprawą właściwą dążenie do kształtowania Libanu w taki sposób, by odpowiadał on wyobrażeniom i potrzebom tylko jednej grupy wyznaniowej, z pominięciem interesów innych wyznań.

PB: Jednak to chyba dość trudne zadanie, by pogodzić w Libanie - silnie zróżnicowanym religijnie - rozmaite światopoglądy, np. by pogodzić różne zapartywania chrześcijan i szyitów na sprawy życia codziennego, zwyczaje czy ubiór?

Mohammad Raad: Na poziomie pojedynczego wyznawcy każda z tych grup nie różni się zbytnio od innych pod względem indywidualnej postawy religijnej. Dlatego też możemy znaleźć porozumienie w sprawach wspólnych, takich jak kwestie ogólnopaństwowe, jak wspólne poczucie przynależności to tej samej ziemi, wspólne pochodzenie i zagadnienia polityczne. Nasze dotychczasowe doświadczenie jest jak najbardziej budujące pod tym wzgledem. Pewne idee, takie jak stabilizacja, pokój i bezpieczeństwo, są podzielane przez wszystkich. Oczywiście, że w obrębie poszczególnych wyznań są jendostki, które pragną wykorzystać zróżnicowanie religijne do swoich celów. Dążą one do realizacji własnych interesów, głosząc, że reprezentują interesy własnej grupy wyznaniowej. Lecz dzięki otwartości Libańczyków, ich wielowiekowemu doświadczeniu we współżyciu w wieloreligijnym społeczeństwie, oraz dzięki ich kontaktom z krajami demokratycznymi: nowoczesnymi i postęowymi, libańska świadomość polityczna oraz świadomość racji narodowych wzrasta. Poszczególne społeczności uczą się stopniowo, jak żyć ze sobą w zgodzie i tolerancji.

PB: Krajem, w którym mamy do czynienia z silną partią szyicką, jest przecież Iran,  krytykowany często za brak tolerancji religijnej i represyjny charakter rządów religijnych. Jaka jest pańska opinia na temat Iranu? Czy być może Iran stanowi pańskim zdaniem przykład dla Libanu i ideał ustrojowy, do którego powinien dążyć Hezbollah?

Mohammad Raad: Przede wszystkim Irańczycy różnią się od Libańczyków charakterm. Po drugie w Iranie zdecydowaną większość stanowią szyici, czego nie można powiedzieć o Libanie. Szyici w Iranie sami wybrali taki system religijno-polityczny - nikt ich do tego nie zmuszał. Ale taki a nie inny system religijno-polityczny to nie wszystko. Możemy obserwować w Iranie silny proces demokratyzacji życia. Są to wprawdzie doświadczenia dość świeżej daty i faktycznie takich zmian demokratycznych nie dało się tam obserwować wcześniej. Istnieją oczywiście także grupy, którym demokratyzacja życia polityczno-religijnego w Iranie nie odpowiada. Nie czuję się uprawniony, by dokonywać oceny tamtejszych wydarzeń i przemian na płaszczyźnie kulturowej, co najwyżej mogę się wypowiadać na temat samego systemu politycznego i szerzej pojętych interesów politycznych w Iranie. W Libanie podobnie mamy do czynienia z przemianami demokratycznymi i znajdujemy różne stanowiska dotyczące właściwych relacji między polityką a religią. Jedno jest jednak pewne: nie ma w Libanie miejsca na system religijno-polityczny, taki jak w Iranie, szczególnie gdy przyjmiemy punkt widzenia islamu. Otóż my muzułmanie wierzymy, że potrzebna jest zdecydowana większość, by wprowadzić tego typu religijny system państwowy. A takiej większości w Libanie brak! Zdaniem muzułmanów, demokratyczny system polityczny zapewnia poziom sprawiedliwości społecznej wprawdzie w dość niskim, ale akceptowalnym stopniu. Co istotne, zapewnia swobodę praktykowania własnej religii. Jest to szczególnie ważne, jeśli Liban ma pozostać krajem suwerennym, wolnym od obcej okupacji.

PB: Hezbollah jako partia ma swoje przedstawicielstwo w parlamencie. Jednocześnie administracja amerykańska i prezydent George W. Bush określa Hezbollah jako organizację terrorystyczną. Jak pan jako parlamentarzysta odnosi się do takich zarzutów?

Mohammad Raad: Taka ocena jest wyjątkowo niesprawiedliwa. Na pierwszy rzut oka trudno byłoby się tutaj dopatrzeć jakiegokolwiek innego powodu, jak amerykańska ignorancja i nieznajomość tego, czym jest Hezbollah. Jednak za takimi oskarżeniami kryją się cele polityczne. Amerykanie doskonale znają sytuację w regionie. Ich celem politycznym jest zmusznie Hezbollahu do porzucenia wali z okupacją izraelską. By Amerykanie mogli osiągnąć taki cel, muszą wpierw zmienić międzynarodowe kryteria oceny [tego, czym jest terroryzm]. Dlatego wprost oskarżamy Amerykanów o nieuprawnione dążenie do zmiany kryteriów definiujących zjawisko terroryzmu. Amerykanie dążą do utożsamienia zjawiska terroryzmu z prawowitym ruchem oporu. A przecież prawo ludzi żyjących pod okupacją do walki przeciwko tej okupacji jest jak najbardziej uprawnione. Mówi o tym przecież Karta ONZ! Przecież tylko ktoś prezentujący postawę pełną agresji i uproszczeń może utożsamiać ruch oporu z terroryzmem, prawda? Prawo do walki o samostanowienie i do prowadzenia ruchu oporu uznali przecież sami Amerykanie -wespół z krajami europejskimi [ratyfikując Kartę ONZ].

PB: Jak ocenia pan wypowiedzi Yassera Arafata sprzed kilku dni, w których Arafat wskazuje na Hezbollah, jako ostatecznego adresata uzbrojenia, jakie znajdowało się na przechwyconym przez Izrael statku?

Mohammad Raad: Rozumiemy doskonale, że Yasser Arafat znajduje się w niezwykle ciężkiej sytuacji. Zresztą on sam bezpośrednio przyczynił się do tej niewesołej sytuacji: nie potrafił, a może zabrakło mu odwagi, by przyjąć odpowiednie stanowisko polityczne w zgodzie z ofiarami ponoszonymi codziennie przez naród palestyński. Mówiąc wprost, zdecydowanie przesadził w swej postawie pragmatycznej. Obecnie próbuje on uniknąć presji amerykańskiej i izraelskiej i dlatego usiłuje zrzucić odpowiedzialność za transport broni na kogoś innego. Z kolei nasz pragmatyzm nie zezwala nam, by twierdzić, że to Yasser Arafat jest odpowiedzialny na ten transport broni. Chociaż nie zrzucamy winy na niego, to jednak nie przyjmujemy jego oskarżeń.

PB: Jak ustosunkowałby się pan do zeszłotygodniowej wypowiedzi (czwartek, 7 lutego) osobistego wysłannika Sekretarza Generalnego ONZ Koffi Annana Staffana de Mistury, który skrytykował naruszanie błękitnej linii przez obie strony, w tym przez Hezbolllah. Jego zdaniem pociski Hezbollahu, ostrzeliwującego samoloty izraelskie od dawna regularnie przelatujące nad terytorium Libanu, spadają po stronie izraleskiej i tym samym naruszają błękitną linię.

Mohammad Raad: Niestety przedstawiciel ONZ wyraża w ten sposób jedynie miedzynarodową niemoc, by powstrzymać albo ograniczyć izraelską agresję skierowaną przeciwko Libanowi. Przecież na podstawie raportów Tymczasowych Sił ONZ w Libanie (UNIFIL) łatwo się przekonać, że izraelskie myśliwce bombardujące regularnie naruszają przestrzeń powietrzną Libanu. A mimo to ONZ nie potępia tych naruszeń, nie dąży do ich powstrzymania. ONZ zajmuje negatywne i mało konstruktywne stanowisko, domagając się od nas, byśmy powstrzymali się od przeszkadzania izraelskim odrzutowcom wojskowym, gdy te naruszają naszą przestrzeń powietrzną. Te odrzutowce wojenne wzbudzają przerażenie naszych dzieci, paraliżują życie w południowym Libanie, utrzymują w kraju ciągły stan zagrożenia. Ma to też negatywny wpływ na rozwój ekonomiczny na południu Libanu, w którym nikt nie chce inwestować z tego właśnie powodu. Naloty te utrzymują stan wojny między nami a Izraelem. Oczywiście taka napięta sytuacja niekorzystnie wpływa na stopień inwestycji w całym naszym kraju. Kofi Annan zdaje się nie dostrzegać tych wszystkich uwarunkowań i dokonuje oceny sytuacji przez pryzmat Izraela. Taka postawa nie jest logiczna.

PB: Dlaczego samoloty izraelskie regularnie naruszają przestrzeń powietrzną Libanu i dolatują aż do Bejrutu? Można by odnieść wrażenie, że jest to swego rodzaju próba sprowokowania Hezbollahu do podjęcia ostrzejszych działań i zaostrzenia sytuacji a regionie.

Mohammad Raad: Izraelczycy cierpią na kompleks bezpieczeństwa i na wszelkie sposoby szukają pretekstu, by za wszelką cenę utrzymać maksymalne bezpieczeństwo trzymając w szachu sąsiadów. Taką już mają naturę. Ale liczymy na to, że opinia międzynarodowa wymusi na Izraelczykach zmianę tej postawy.  Od początków istnienia państwa Izrael, Żydzi przyzwyczaili się do życia kosztem innych. Obecnie uciekają się do wszelkich możliwych środków i angażują cały świat, by zapewnić sobie maksimum bezpieczeństwa, i dlatego też określają swych przeciwników terrorystami.

PB: W dzień po przelocie samolotów izraelskich nad południowym Libanem i ich ostrzale przez HEzbollah byłem w jedostce Doraźnych Sił Zbrojnych ONZ w Libanie (UNIFIL). Oficerowie doliczyli wówczas co najmniej 250 rakiet wypalonych przez Hezbollah do samolotów izraelskich. Co by się zdarzyło, gdyby jednej z rakiet Hezbollahu faktycznie udało się zestrzelić samolot izraelski? Jaka pana zdaniem byłaby wówczas reakcja władz Izraela?

Mohammad Raad: Osobiście jestem przekonany, że gdyby się udało zestrzelić taki samolot, to znaczyło by to, że był on co najwyżej niesprawny technicznie. Ale nawet wówczas Izrael niczego by nie zrobił.

PB: Czy może poprzez naloty Izrael nie próbuje co najmniej zdestabilizować sytuacji w Libanie i doprowadzić do odnowienia wojny albo wciągnąć Hezbollah w konflikt?

Mohammad Raad: Sądzę, że Izrael zdążył sobie już doskonale uzmysłowić, że ewentualny koszt bezpośredniego ataku na Hezbollah byłby bardzo wysoki. Dlatego też Izreal unika bezpośredniej konfrontacji z Hezbollahem, a próbuje jedynie nas atakować w sposób pośredni, np. podkładając bomby w samochodach, albo wprowadzając do naszej organizacji swoich agentów, których celem jest doprowadzenie do wewnętrznych starć i osłabienia Hezbollahu. Jestem przekonany, że obecna sytuacja powoduje, że Izrael będzie się postrzymywał od jakiejkolwiek bezpośredniej konfrontacji z Hezbollahem.

PB: Jaka byłaby odpowiedź Hezbollahu w wypadku bezpośredniego ataku izraelskiego?

Mohammad Raad: Zbrojny opór i konfrontacja.

PB: Trzy dni temu (w piątek, 8.02) szejk A. Naboulsi, wysoki dygnitarz szyicki z kręgów związanych z Hezbollahem, stwierdził w trakcie piątkowej modlitwy w meczecie, że "jeśli prawdą jest, że pociski rakietowe, o których mówili przedstawiciele izraelskiego kierownictwa, istnieją, powinni oni wiedzieć, że pociski te zdolne są zmienić w ruinę osiedla kolonistów", i dał do zrozumienia, że rakiety Hezbollahu mogą nawet dosięgnąć Tel-Aviw. Jak należy traktować tę groźbę?

Mohammad Raad: Przede wszystkim wypowiedź szejka A. Naboulsiego nie odwierciedla stanowiska Hezbollahu. Po drugie, jest on klerykiem, a nie politykiem. Po trzecie, nie jest on związany bezpośrednio z Hezbollahem, a jedynie stara się wykorzystać wpływy Hezbollahu wśród ludności religijnej popierającej Hezbollah, podpisując się pod hasłami Hezbollahu i szczycąc się siłą Hezbollahu dla zwiększenia własnej popularności. Jego postawa bierze się z potęgi Hezbollahu i naszej siły, by stawić opór. Tak czy inaczej, Hezbollah faktycznie dysponuje takim arsenałem środków, by stawić czoła zagrożeniom ze strony Izraela, w sposób, o jakim wspominał szejk A. Naboulsi.

PB: Sekretarz Generalny Hezbollahu Sajjed Hassan Nasrallah parokrotnie wyrażał opinię, że ostatecznym celem Hezbollahu jest zniszczenie państwa Izrael. W jakim stopniu podziela pan tę opinie?

Mohammad Raad: Nie są mi znane bezpośrednio takie stwierdzenia Sajjeda Hassana.

PB: Uczynił to m.in. w wywiadzie udzielonym stacji ABC NEWS 20 października 2001 r. w rozmowie z Tedem Koppelem.

Mohammad Raad: Cóż, decyzja o stworzeniu państwa izraelskiego została podjęta przez mocarstwa zachodnie dużo wcześniej w sposób arbitralny, bez jakichkolwiek konsultacji z mieszkańcami Palestyny. Żydzi mieli pierwotnie możliwość osiedlenia się np. w Ugandzie; były też plany, by stworzyć im państwo w Kanadzie czy Australii. Przy wsparciu mocarstw osiedlili się jednak w Palestynie, co odbyło się kosztem mieszkańców Palestyny. Choć nie jest to sprawą prostą, Żydzi powinni wrócić do krajów, z jakich przybyli.

PB: Czy to znaczy, że państwo Izrael nie ma prawa istnieć w miejscu, gdzie istnieje obecnie?

Mohammad Raad: Nie.

PB: Czy nie widzi pan możliwości współegzystowania dwóch niezależnych państw: Izraela i Palestyny po sąsiedzku?

Mohammad Raad: Osobiście wątpię, by kiedykolwiek powstało w pełni niezależne, suwerenne państwo palestyńskie. A jeśli nawet, to z całą pewnością będzie ono organizmem słabym, zależnym politycznie od różnych sił zewnętrznych, targanym wewnętrznymi konfliktami, w którym o wszystkim decydują inni. A już na pewno nie będzie istnienie suwerennej Palestyny możliwe w sąsiedztwie Izraela. Izrael przecież nie ma innego wyjścia, jak wycofać się z terenów palestyńskich. A sami Palestyńczy powinni pójść drogą, jaką obrał Hezbollah i odniósł zwycięstwo nad Izraelem, zmuszając go do wycofania się z okupowanych ziem libańskich.

PB: Hezbollah twierdzi, że takim libańskim terytorium okupowanym wciąż przez Izrael są ziemie Szebaa. Do kogo właściwie one należą?

Mohammad Raad: Do Libanu rzecz jasna! Syria potwierdza to od samego początku. Faktycznie istnieje jednak wiele nieporozumień na ten temat. W 1967 roku Izrael rozpoczął wojnę z Syrią. Aby móc się bronić w odpowiedni sposób, Syria musiała zająć strategiczne pozycje właśnie wokół Szebaa. Właściwie w momencie izraelskiej agresji, w trakcie której Izrael zajął Wzgóza Golan, wojska syryjskie zostały zepchnięte na ziemie Szebaa. Gdy nadeszły siły rozjemcze ONZ, zastały na tych terenach właśnie armię syryjską, więc automatycznie uznały, że te tereny należą do Syrii. Nie przeprowadziły wnikliwej analizy i zapis o przynależności Szebaa do Syrii znalazł się w dokumentach ONZ. Te nieprawdziwie informacje powtarzane są do dzisiaj. Zresztą analiza przynależności tych ziem nie leżała wówczas w kompetencji ONZ. Jednak Syria oficjalnie stwierdziła, że Szebaa są własnością Libanu. Tego faktu nie chcą uznać niektóre opcje polityczne w samym Libanie.

PB: Co zrobi Hezbollah, jeśli Izrael ostatecznie opuści ziemie Szebaa? Nie będzie już więcej ziem okupowanych przez Izrael, nie będzie już izraelskiej okupacji w Libanie. Czy Hezbollah nie powinien wówczas zawiesić swej działalności zbrojnej?

Mohammad Raad: Hezbollah rzeczywiście walczy o to, by wyrzucić oddziały izraelskie ze wszystkich libańskich ziem okupowanych. Gdy zmieni się oficjalne stanowisko USA w tej sprawie, gdy nasz ruch oporu nie będzie się różnił w swej ocenie od stanowiska USA co do oceny roli i charakteru Izraela i gdy ogólna sytuacja w regionie się polepszy, to Hezbollah odstąpi od kontynuowania walki. Lecz takie pytanie, co zrobi Hezbollah, gdy Izrael wycofa się ostatecznie z ziem Szebaa, nie można traktować jako pretekstu do utrzymywania izraelskiej okupacji tych ziem.

PB: W chwili obecnej na terenie Libanu, liczącego zaledwie 4 miliony mieszkańców, przebywa armia syryjska w sile 22 tysięcy żołnierzy oraz działa tutaj ok. 1,5-3 tysięcy syryjskich służb specjalnych: łącznie aż 25 tysięcy obcych wojsk. W jakim stopniu tak duża obecność militarna Syrii wpływa na sytuację w Libanie i na stabilość w kraju?

Mohammad Raad: Obecność syryjska w Libanie jest rezultatem problemów z utrzymaniem bezpieczeństwa podczas wojny domowej w Libanie. Ten  brak bezpieczeństwa wiązał się z izraelską okupacją i konfliktem izraelsko-palestyńskim. Izrael dążył do podzielenia społeczeństwa libańskiego, do wywołania konfliktów wewnętrznych i do doprowadzenia do rozkładu systemu politycznego w Libanu. Izrael starał się wspierać pewne partie polityczne kosztem innych. To wywołało naturalne zaniepokojenie ze strony Syrii oraz doprowadziło do destabilizacji w Libanie. Wkroczenie wojsk syryjskich do Libanu stało się czynikiem stabilizującym wewnętrzną sytuację w kraju oraz miało charakter ostrzeżenia w stosunku do Izraela. Libańcycy chętnie tę sytuację zaakceptowali i zaaprobowali takie rozwiązanie polityczne, dzięki któremu oddziały syryjskie dbają o bezpieczeństwo. Przybycie sił syryjskich stanowiło akcję ratunkową z prawdziwego zdarzenia. Chwiejność sytuacji międzynarodowej i regionalnej wymagała interwencji syryjskiej. Niektóre środowiska są przewrażliwione, jeśli chodzi o bezpieczeństwo regionalne [i obawiają się negatywnych skutków obecności wojsk syryjskich w Libanie], więc krytykują tę obecność syryjską jako nieuzasadnioną. Jednak formułując krytykę kierują się wyłącznie własnym interesem politycznym, a nie narodowym; chcą przyspieszyć wycofanie się oddziałów syryjskich z Libanu. Dopóki sytuacja nie ustabilizuje się w pełni i nie powróci bezpieczeństwo, ta obecność syryjska jest niezbędna. Sprawą oczywistą jest, że żaden Libańczyk nie chce, by wojska syryjskie stacjonowały tutaj bez końca. Jednak zdecydowana większość Libańczyków jest świadoma, że czas na wycofanie się sił syryjskich jeszcze nie nadszedł. Taki czas kiedyś nadejdzie.

PB: Kiedy?

Mohammad Raad: Inszallah - jak Bóg da.

PB: W przyszłym miesiącu pod koniec marca odbędzie się w Beirucie Szczyt Ligii Arabskiej. Jakie znaczenie będzie to wydarzenie miało dla Libanu, dla całego regionu, dla procesu pokojowego i rozwiązania kwestii palestyńsko-izraelskiej?

Mohammad Raad: Fakt, że taki szczyt będzie miał miejsce w samym Beirucie jest szalenie ważny i nobilitujący dla naszego kraju.  Podniesie to z pewnością znaczenie i prestiż miasta jako ośrodka międzynarodowego, a dodatkowo wzmocni Liban politycznie w walce z okupacją izraelską. Szczyt ten będzie miał także wymiar symboliczny, wskazując na jedność krajów arabskich, i dodatkowo będzie wyrazem poparcia dla Palestyńczyków w walce z izraelskim okupantem. Słowa, które zostaną wypowiedziane w Beirucie, miasta-symbolu izraelskiej okupacji i zwycięskiej walki z okupacją, będą miały zdecydowanie silniejszy wydźwięk, niż wypowiedziane na spotkaniu np. w Doha. Przecież Liban znany jest jako kraj, w którym ruch oporu skutecznie rozprawił się z okupacją Izraela [zmuszając Izrael do wycofania się z tzw. "Strefy Bezpieczeństwa" w południowym Libanie w 2000 roku].

PB: Obserwując sytuację można by odnieść wrażenie, że Amerykanie prowadząc walkę ze światowym terroryzmem przygotowują się do zbrojnego udrzenia na Irak. Jaka pańskim zdaniem będzie reakcja krajów arabskich, jeśli dojdzie do takiego ataku?

Mohammad Raad: Nie sądzą, by jakikolwiek Arab zaaprobował amerykańską agresję wymierzoną przeciwko Irakowi. Stanom Zjednoczonym nie uda się doprowadzić do rozdźwięku w gronie państw arabskich. Sytuacja w chwili obecnej diametralnie różni się od roku 1990 [i operacji "Pustynna Burza"]. Amerykańskie próby uzasadnienia ewentualnego ataku na Irak są nielogiczne. Przede wszystkim agresja na Irak służyłaby interesom Izraela i działałaby na niekorzyść całego regionu arabskiego. W ciągu ostatnich miesięcy - po 11 września  - Ameryka w pełni odsłoniła swoje agresywne intencje wymierzone przeciwko Arabom. Właśnie dlatego USA w swej walce przeciwko Irakowi nie znajdzie wśród państw arabskich już żadnego sprzymierzeńca. Ponadto stanowisko państw europejskich zdecydowanie różni się postawy USA. Europa też nie chce tej wojny.

PB: Bardzo dziękuję za rozmowę.  

 

 

 

Pierwotnie wywiad został opublikowany w tygodniku

jako "Nie ma miejsca dla Izraela - rozmowa z Mohammadem Raadem, deputowanym do Parlamentu Libańskiego z ramienia Hezbollahu”, Polityka nr 17, 27.04.2002, pp. 42-43.

http://polityka.onet.pl/162,1082541,1,0,2346-2002-17,artykul.html