Warszawa, 18 grudnia 2001 r.

 

 

Kobieta w centrum Azji

O kobietach w Azji Środkowej.

Piotr Balcerowicz

 

Dochodzi siódma. Budzi mnie ostry promień sierpniowego słońca, padający wprost na moją twarz, i... mroźny podmuch. Oddech Nazguli, stojącej przy kozie, małym piecyku postawionym pośrodku jurty, zamienia się natychmiast w parę. To ona uchyliła grubą zasłonę z wojłoku, naciągniętego na powiązane poziomo, cieniutkie deszczułki, zasłaniającą wejście do jurty, i wpuściła do wnętrza arktyczne powietrze. Ze sterty wyschniętych porostów, znoszonych z gór i gromadzonych jako opał, przyniosła garść karłowatych, 20-centymetrowych krzaków, by dorzucić do piecyka. Rozpala ogień, by przygotować herbatę: smolistą, z mlekiem jaka, zjełczałym tłuszczem i dodatkiem soli. Jej trzy malutkie córki rozpierzchły się w okolicy jurty, boso stąpając po ostrym, lodowatym żwirze. Roczny synek, najmłodszy z całej czwórki, zwisa w zawiniątku, przewieszonym pod jej ramieniem.

Przy jurcie kręci się teść Nazguli, zasuszony, z długą białą brodą wyglądający na sto lat, oraz jej szwagierka: czujnym okiem kontrolująca sytuację. Wszak Askar, mąż Nazguli, udał się wczoraj w stronę 5,5-tysięcznych szczytów oddalonych o parę kilometrów i ma wrócić koło południa. Jurta znajduje się mniej więcej 800-900 poniżej szczytów.

W ostrym blasku oślepiającego letniego słońca temperatura szybko rośnie i wnet zaczną tajać lodowe tafle, które w ciągu nocy pokryły oczka wodne. Połyskują porozrzucane bezładnie wśród niskiej trawy i pastelowych kęp mchu niczym drogocenne atramentowe szafiry i nefryty na szmaragdowym aksamicie, a na horyzoncie spływają łagodnie gładkimi zboczami, niczym atłasem, ośnieżone szczyty. Horyzont zdaje się nie mieć końca. Wychodzę na zewnątrz i rozglądam się dookoła. Dech więźnie mi płucach: od mrozu i złowieszczego piękna nagich gór. Pod grubym polarem na plecach - wystawionych na działanie promieni słonecznych - zaczyna osadzać się pot, podczas gdy moja twarz ukryta w cieniu marznie. Wieje ostry, przenikliwy wiatr. Jutro spadnie śnieg i pokryje świat cieniutką warstwą puchu.

Jestem pośrodku Pamiru, na Dachu Świata, w drodze powrotnej z Afganistanu. Ponad dobę czekam na jakikolwiek pojazd zmierzający na północ, w stronę Kirgistanu. Do Osz, największego miasta na południu Kirgistanu pozostało jeszcze około 650 kilometrów. Na noc zatrzymałem się w jurcie Askara i Nazguli, pary Kirgizów, którzy w tych górach się urodzili i wychowali. Jak wszyscy tutejsi Kirgizi koczownikami byli od zawsze. Największa osada, jaką w życiu widzieli to odległy o 100 kilometrów Murgab. Choć położony w Tadżykistanie, spośród 12 mieszkańców 11 tysięcy to Kirgizi, nakłonieni w czasach ZSRR do osiedlenia się.

Tutejszym zwyczajem Nazgul i Aksar pobrali się, gdy Nazgula miała 16 lat, a Aksar był od niej o trzy lata starszy. Tradycji wydawania za mąż 15- i 16-letnich dziewczynek nie wytępiły zakazy okresu radzieckiego imperium, a po jego upadku zwyczaj tej jest otwarcie i powszechnie praktykowany. Teraz Nazgul ma 25 lat, choć po wyglądzie można by sądzić, że dochodzi czterdziestki. W tak skrajnych warunkach człowiek błyskawicznie niszczeje, tym szybciej, gdy niemal co roku rodzi kolejne dziecko.

Wraca Aksar. Doglądał stada jaków wypasanych na zboczach górskich przez wynajętych pasterzy. Jakiż dzisiaj panuje na tym pustkowiu ruch: za chwilę przyjeżdża z Osz wysłużonym ziłem z początku lat siedemdziesiątych krewniak Aksara, Baktygul. Regularnie wozi z Osz w Kirgistanie przez tadżycki Pamir do Chorogu na granicy afgańsko-tadżyckiej starą odzież, żywność itp.: wszystko co można sprzedać i da się na tym zarobić. Miesięcznie udaje mu się obrócić dwa razy, a na czysto na takim kursie zarabia od 80 do 140 dolarów. Zimą jest gorzej, gdy śnieg tworzy nawet trzymetrowe zaspy. Przejazd liczącej 800 kilometrów trasy może zająć nawet 20 dni.

Przy garnkach krząta się Nazgul, a my siedzimy po turecku przy “stole”: sztuce grubo tkanej bawełny rozpostartej na dywanach zaścielających środek jurty. Jemy smażone drobne ryby i zagryzamy dwudniowym chlebem, który Baktygul przywiózł z Osz. Pierwszy w miarę świeży chleb - i bez pleśni! - jaki udaje mi się zjeść od kilku dni w tych okolicach. Aksar wyjaśnia, że w oczkach wodnych żyją dwa gatunki ryb: ciemne, jadalne i “białe”, trujące. Łatwo je pomylić, bo wyglądają bardzo podobnie, a różnią się jedynie odcieniem mięsa.

Aksar i Baktygul dyskutują o interesach. Aksar zamierza wybudować w okolicy mały dom z kamieni - w stylu pamirskich Tadżyków. Realizuje w ten sposób życzenie żony. Namawia Baktygula, by ten pomógł mu przewieźć trochę budulca - łupka ze złóż oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów. Choć jest sierpień, to już teraz myśli się tu o zimie, która nadejdzie za dwa miesiące: Baktygul ma przywieźć następnym razem z Osz trochę węgla na opał. Rozmowie przysłuchuje się Nazgul i wszystko skrzętnie notuje. Ma szczęście, że urodziła się w czasach ZSRR i zmuszona była chodzić do szkoły. Jej dzieci zapewne do szkoły nigdy nie pójdą. Od rozpadu ZSRR tylko 40% dzieci w tych okolicach chodzi do szkoły, a i to nieregularnie. Siedząc tuż za plecami męża w pewnym oddaleniu od “stołu”, Nazgul szybko dokonuje na kartce obliczeń i to ona dba, żeby umowa z Baktygulem była dla nich jak korzystniejsza. Swoje uwagi przekazuje szeptem mężowi - do Baktygula nie odezwie się ani razu, mimo że znają się już kilka lat. Nie odpowiada nawet na jego żarty i zaczepki słowne. Przez dwie doby także do mnie Nazgul nie przemówi choćby słowem. Mężatce nie wypada.

Nazgul wyraźnie ma decydujący głos w sprawie domowych finansów i to ona rozdysponowuje dochody, jakie przynosi ich familii stado jaków. Również w sprawach codziennych to ona podejmuje kluczowe decyzje dla przetrwania rodziny.

Nazgul, jako mężatka i muzułmanka, zawsze starannie ukrywa włosy pod chustą. Młodsza od niej o dwa lata szwagierka, uchodząca już za starą pannę, nosi gruby, kruczoczarny warkocz sięgający na plecach do linii bioder. Raz po raz z dumą przerzuca go regularnie na pierś. Jedynie wówczas, gdy opuszcza jurtę, okrywa głowę chustą: przed chłodem. Obie dziewczyny mają na sobie grube, wielowarstwowe spódnice, luźną koszulę i kamizelkę. Gdy wychodzą na zewnątrz jedna z nich zakłada kufajkę - pozostałość po czasach radzieckich.

Jakże odmienne są tu zwyczaje pod tym względem od Afganistanu, który przed paroma dniami opuściłem. Zupełnie nieznana jest tu instytucja czadoru czy burki, zasłony zakrywającej całą sylwetkę kobiety, łącznie z twarzą.

Tak jak w całej Azji Środkowej nakładają się tu dwie tradycje: stara tradycja koczowników kirgiskich i nowsza: muzułmańska. Islam nigdy się mocno nie zakorzenił, a wierzenia tutejszej ludności stanowią mieszaninę islamu z magią i animizmem.

Nikt tu nigdy nie zakrywał twarzy. Jednak po rozpadzie ZSRR, który wszyscy wspominają z utęsknieniem, czasy się stopniowo zmieniają. Nie tylko w niebyt odeszło zaopatrzenie w podstawowe produkty spożywcze i zawisło widmo klęski głodowej. W żwir i pył zamieniają się stopniowo asfaltowe drogi prowadzące do większych osad ludzkich, którymi w czasach ZSRR przemieszczały się konwoje wojskowe przez tę strefę zakazaną, blisko chińskiej granicy. Teraz nikt nie dba o ich utrzymanie. Drewniane słupy telegraficzne i elektryczne poprzewracały się i nikomu nie przyjdzie do głowy, by przywrócić łączność telefoniczną czy dopływ prądu. Obecnie fikcją stało powszechne szkolnictwo i opieka zdrowotna, a bezrobocie wynosi 90%. Po upadku ZSRR powstała ideologiczna próżnia, którą zaczęły z powodzeniem wykorzystywać różnej maści organizacje społeczno-polityczne krzewiące islam. Przyniosły one falę islamu w nowym wydaniu: dużo bardziej fanatycznym i skrajnym. Właśnie dlatego w niektórych wsiach tadżyckich dziewczęta w okresie zamążpójścia i młode mężatki zaczęły już zakrywać twarze. Zazwyczaj przepasują swoje oblicze tuż poniżej oczu różowawą chustką z nylonu: nakładają ją na kolorową chustę otulającą włosy i zawiązują z tyłu głowy na kokardę. Groźni bracia, którzy im towarzyszą, dbają, by nie zrobić im zdjęcia. Wiele dziewcząt przestaje chodzić do szkoły nie tylko dlatego, że taka jest tendencja: dzieci muszą pomagać w gospodarstwie domowym i nikogo nie stać na kupno dziecku podręczników czy zeszytów i długopisu. Także dlatego, że przebywanie w koedukacyjnej szkole jest niemoralne. Zmiany te w większej mierze dotyczą ludności tadżyckiej niż kirgiskiej.

Askar i Nazgul najwyraźniej nie są majętni, choć mają w górach stado jaków i owiec. Łatwo to poznać po tym, że Nazgul nie ma ani jednego złotego zęba. Zwyczajem uzbeckim, który się upowszechnił także w Kirgistanie i Tadżykistanie, o zamożności rodziny świadczy ilość złotych zębów w szczęce małżonki. Przyzwoitym minimum są dwa złote siekacze.

Baktygul, kierowca ziła z Osz, ogłasza mi dobrą wiadomość:

- Ach, wy jedziecie do Osz. No tak, ja tam sam mieszkam. Transportu wam trzeba? Jutro będzie. Mój ziomek teraz jedzie z Chorogu. - Ma przyjechać znad granicy afgańsko-tadżyckiej pustą cysterną, jak się dowiaduję. - W Murgabie będzie jutro.

- Kiedy?! - dopytuję się uradowany.

- Około 7 rano. - odpowiada ze spokojem. Znaczy to, że będzie tędy przejeżdżać około 3 w nocy, bo Murgab jest sto kilometrów dalej.

Wstaję w środku nocy i po przejściu kilometra docieram do górskiej drogi. Gwiazdy jaśnieją nad głową tak blisko, że można by je zagarniać garściami. Stąpam po kruchym lodzie: temperatura spadła dużo poniżej zera. W oddali, w gwiezdnej poświacie widzę kilka wilków. Nie podchodzą za blisko, gdyż boją się światła latarki. Latem nie są zgłodniałe, lecz  zimą mogłaby mnie ocalić tylko strzelba. Wilki będą mi towarzyszyć w oddaleniu do momentu, aż pojawią się pierwsze promienie słońca. Zapowiedziana cysterna się nie pojawia. Po czterech godzinach pojawia się za to ził. Macham gorączkowo, ził zwalnia.

- Dokąd jedziecie? - Pytam się zmarznięty.

- E, niedaleko. Do przełęczy Najzatosz. - Patrzę na mapę. To tylko 50 kilometrów.

- A zmieszczę się tu z wami?

- A co macie się nie zmieścić? Wchodźcie - rzuca kierowca.

Na piątego pakuję się do niewielkiej szoferki.

 

 

Pamirskie Tadżyczki z tych okolic słusznie uchodzą za jedne z najatrakcyjniejszych kobiet w całej Azji Środkowej. Antropologicznie - a także językowo - spokrewnione są kobietami z Kaszmiru, a te uchodzą za jedne z najurodziwszych w Indiach. Pamirki cieszą się też sławą niewiast obdarzonych największym temperamentem w Azji Środkowej - same to z dumą przyznają. I chyba jest w tym stwierdzeniu wiele racji.

Wcieleniem górskiej urody Pamiru jest Tobua, która oprowadza mnie po Duszanbe. Urodziła się w wiosce Garmczaszma, na wschodzie Tadykistanu przy granicy afgańsko-tadżyckiej. Będę potem przez Garmczaszmę przejeżdżał - słynie z rubinów i gorących źródłeł. Stamtąd do Srinagaru, stolicy Kaszmiru, raptem 500 kilometrów w linii prostej, bliżej niż do Kirgistanu. Do Pakistanu można dojść dwa dni pieszo przez góry tzw. Korytarza Wachańskiego, po ziemi niczyjej. Jest to szlak przemytniczy, którędy płynie opium, żywność, mydło, słodycze i inne produkty pierwszej potrzeby. Przemytniczym procederem trudni się okoliczna ludność, która żyje także ze sprzedaży rubinów, wydobywanych w kopalni. Robotnicy potajemnie wynoszą z rządowej kopalni kamienie szlachetne ukryte w najdziwniejszych miejscach. Najczęściej w odbycie.

Jeden z wieśniaków wyciąga z kieszeni garść ciemnoczerwonych szkiełek:

Chcecie kupić? -  proponuje. - Niedrogo oddam.

Faktycznie.  Po 2-3 dolary za szkiełko.

- Ale czy to prawdziwe rubiny? - zadaję retoryczne pytanie. Na pewno nie są sztuczne: sprowadzenie tu - na koniec świata - sztucznych rubinów, lub ich wyprodukowanie, byłoby dużo droższe i trudniejsze, niż wyniesienie prawdziwych z kopalni.

- Klnę się na mego ojca i dziada, że prawdziwe. - kładzie z namaszczeniem prawą dłoń na sercu na potwierdzenie prawdziwości tych słów.

 

Mieszkająca w Duszanbe od czasu podjęcia studiów, Tobua ma śniade lico, harmonijne, dość ostro zarysowane rysy twarzy, przy którym uroda cyganek z Sewilli jest tylko bladym cieniem. Gdy się radośnie uśmiecha, jej karminowe wargi ozłacają się najprawdziwszym kruszcem dwunastu złotych zębów, po sześć w każdej szczęce. Współgrają one z jej złotymi kolczykami i naszyjnikiem, wysadzanymi rubinami z rodzinnej wioski.

Siedzimy przy dwóch półlitrowych kuflach w świeżo otwartej piwiarni, zwanej swojsko “Czeskie piwo”, naprzeciwko białego budynku Opery i Baletu Ajni. Serwowane tu piwo słynie na całe miasto i jest trzy razy droższe niż gdziekolwiek indziej: kosztuje 11 somoni, czyli 1,70 zł. W stolicy tego muzułmańskiego kraju nikogo nie dziwi, że kobieta pije alkohol.

Tobua przyjechała do Duszanbe na studia ekonomiczne, kiedy ukończyła 18 lat - w dwa lata po wybuchu wojny domowej. Ledwo się zadomowiła w stolicy Tadżykistanu, a władzę nad miastem przejęły konserwatywne ugrupowania Kuljabczyków z okolic miasta Kuljab na południowym-zachodzie, którzy swoich największych wrogów upatrywali nie tylko w sąsiadach z okolic miejscowości Kurgan-Tjube i z doliny Garm na północny-wschód do Duszanbe, ale także w Pamirczykach. Kuljabczycy jako sunnici, wyznawcy najbardziej rozpowszechnionego na świecie ortodoksyjnego odłamu islamu, w pogardzie mieli Tadżyków Pamirskich, którzy od pokoleń są ismailitami, wyznawcami mniejszościowego odłamu szyizmu. Niektórzy sunnici nawet nie uznają szyitów za muzułmanów - od czasu, kiedy po 1400 roku ogłoszono ich niewiernymi w chanatach środkowoazjatyckich, w Samarkandzie, Bucharze i Chiwie. Niechęć sunnitów, uznających autorytet Sunny, czyli tradycji prawnej i nauki płynącej z czynów Mahometa, jest tym większa, że ismalici modlą się trzy razy dziennie, a nie pięć.

Jako Pamirka Tobua musiała salwować się ucieczką z miasta. Wielu Pamirczyków, którzy zdecydowali się pozostać w mieście, straciło życie. Te z jej koleżanek Pamirek, które w porę z nią nie uciekły, podążyły wnet za nią: często sponiewierane i zgwałcone przez żołnierzy.

Gdy sytuacja w Duszanbe się nieco uspokoiła, Tobua zaryzykowała powrót, by kontynuować studia. Na ostatnim roku poznała Umeda. On był o rok niżej, choć są rówieśnikami. Początkowe oczarowanie jego osobą, zachwyt i uniesienie przerodziły w szaloną miłość, która przekraczała wszelkie zewnętrzne ograniczenia. A dzieliło ich wiele. On był sunnitą, ona pochodziła z rodziny izmailitów. Do tego Umed pochodził z konserwatywnego Kuljabu, kolebki fundamentalistycznych ugrupowań, które przyczyniły się do wybuchu wojny domowej w 1992 roku. Tobua zaś była Pamirką, z narodu uznawanego za przeciwnika w wojnie domowej. Przy okazji, jak sama z lekkim rumieńcem wyznaje, jej temperament jest ognistszy niż jej męża.

Spory religijne czy etniczne wydawały się nazbyt przyziemne: ślub wzięli, kiedy ona składała pracę magisterską. Po zakończeniu studiów podjęła bardzo dobrze płatną pracę w biurze w stolicy i zaczęła zarabiać na oboje. Wkrótce także jej mąż ukończył studia. Jakież było jej zaskoczenie, kiedy z dnia na dzień zakazał jej pracować.

- Teraz ja będę zarabiał na życie - stwierdził Umed kategorycznie, zgodnie z duchem zaleceń arabskiego pisarza al-Dżahiz (zm. 869): “O kobietę należy zabiegać, jej się pragnie, ją się kocha i jej się pożąda, dla niej ponosi się wyrzeczenia i ją się otacza opieką, gdyż kobieta w pewnych sprawach przewyższa mężczyznę”. Przede wszystkim w kunszcie miłosnym - dodawał al-Dżahiz.

Chcąc nie chcąc, Tobua musiała przystać na takie rozwiązanie. Tym bardziej, że w biurze szef dał jej niedwuznacznie do zrozumienia, że warunkiem przedłużenia kontraktu będą ich intymne kontakty. Okazało się także, że poszukując nowej pracy regularnie spotykała się z podobnymi propozycjami jako warunkiem wstępnym. Jej mężowi do tej pory nie udało się znaleźć jakiejkolwiek pracy, a jej własne oszczędności topnieją w błyskawicznym tempie.

Wkrótce musieli się wyprowadzić z mieszkania w centrum Duszanbe i zamieszkali w pokoiku na przedmieściach. Teraz Umedowi nie udaje się nawet opłacić czynszu. Mąż chce jechać z nią do Kuljabu, czego ona panicznie się obawia:

- Tam nie ma dla mnie życia. Zamkną mnie w domu i będę tylko rodziła dzieci. - Mówi zrozpaczona.

Tobua burzy się przeciwko ograniczaniu swobód kobiet. Wskazuje, że w porównaniu z Kuljabczykami pamirscy Tadżycy byli zawsze liberalni:

- My Pamirki zawsze czułyśmy się wolne i niezależne. Nikt nie będzie nam dyktował, co mamy robić.

Między dwojgiem dochodzi często do spięć, choć - jak podkreśla Tobua - Umed nigdy nie użył względem jej przemocy fizycznej, częstego argumentu w dyskusjach w innych rodzinach.

Jej mąż nie znosi sprzeciwu i Tobua nosi z zamiarem opuszczenia go potajemnie i ucieczki w rodzinne strony. Na zawsze. Ma świadomość, że cena będzie wysoka: jej rodzice nie przyjmą jej ponownie pod swój dach. Liczy więc, że przygarnie ją siostra, która pozostała Garmczaszmie. Niestety konserwatywny islam stopniowo dociera także do jej wioski: młode dziewczęta zaczynają zakrywać twarz. Mimo to o mężu mówi bez urazy i podkreśla, że sama ma wyrozumiałem łagodne serce. Wszak Tobua znaczy “gołębica”.

Już raz poślubiona, Tobua nigdy nie znajdzie ponownie męża. Dziewictwo wśród muzułmańskich ludów prowadzących osiadły tryb życia jest warunkiem zamążpójścia. Jeszcze przed ślubem rodzina męża usiłowała na różne sposoby wybadać faktyczny “stan” przyszłej synowej. Najczęściej zawierzano swatce, ale bywały też drastyczniejsze metody - uciekano się do nich w podniosły dzień zaślubin.

W 1221 roku mongolska armia Czyngiz Chana zniszczyła miasto Urgencz, stolicę Chorezmu, jednego z największych imperiów średniowiecznych świata. Z największej w świecie islamskim chorezmijskiej Akademii, na której nauczali najznamienitsi filozofowie i uczeni świata islamu Awicenna (980-1037) i al-Biruni (973-1048), pozostał tylko wysoki kopiec, otoczony nowszym cmentarzyskiem, ciągnącym się aż po horyzont. Przez stulecia okoliczna ludność po uroczystościach ślubnych prowadziła na szczyt pagórka panny młode, które były bezwładnie staczane po stromym, kamiennym zboczu. Szczęśliwe dotarcie do podnóża i uchronienie czaszki od urazów było niezbitym dowodem na ich dziewictwo.

W najżyźniejszej dolinie w Azji Środkowej, w okolicy płaskiej jak blat żyznego stołu, wyrasta znienacka święta bazaltowa góra, która przypomina kolosalną sylwetkę śpiącego męża. Na jej murach wciąż widnieje kilkadziesiąt starożytnych rysunków naskalnych - pozostałości po kultach sprzed 2–2,5 tysiąca lat. Góra pozostała świętą także wówczas, kiedy okoliczne plemiona zaczęły się stopniowo nawracać na islam, a wokół góry wyrosło kirgiskie miasto Osz. Od tamtej pory zaczęto ją nazywać Sulejmanija albo Tronem Salomona. Do dnia dzisiejszego wedle wierzeń góra ma moc magiczną i daje płodność kobietom. To dlatego na krzewach rosnących wzdłuż ścieżki na szczyt powiewają na wietrze skrawki materiału z sukienek - element kultu płodności.

Od strony południowej i wschodniej na płaskim szczycie Sulejmaniji do dziś dnia widnieją wyżłobione na samym brzegu płaskie kręgi o promieniu około 30 centymetrów, a u podnóża opadającej niemal pionowo bazaltowej ściany znajduje się cmentarz. Jeszcze w 1919 roku, do czasu okupacji radzieckiej, prowadzono na szczyt oblubienice tuż po ceremonii zaślubin. Po półgodzinnej, wyczerpującej wspinaczce na wysokie wzgórze dziewczęta, ubrane w ciężkie obszerne i zdobne szaty ślubne, musiały stanąć na głowie na płaskim cokole. Utrata równowagi i upadek ze zbocza był traktowany jako jawny znak boży, że dziewczyna nie była dziewicą i na pewno nie byłaby dobrą, wierną żoną: śmierć była zatem dla niej lepsza niż życie w grzechu, który otwierałby przed nią bramy piekieł.

Obsesyjne upatrywanie szczególnej wartości w dziewictwie, które rozpłomieniało umysły wiernych w Azji Środkowej, było podsycane opowieściami, jakie tu docierały z ziemi arabskiej. Wierzono, że pobożnemu mężczyźnie będzie umilać czas w raju sto powabnych dziewic o dorodnych piersiach. Na dodatek co rano powracać im będzie dziewictwo. Będą one ponadto wolne od typowych przywar kobiecych, takich jak zazdrość, złośliwość czy menstruacja, swojemu mężowi będą oddane, nie będą rościć pretensji i nie będą kokietowały obcych. Wiele z takich wierzeń zanotował arabski pisarz Ibn Kajjim al-Dżauzzijja. Ażeby dzielny mąż mógł w pełni cieszyć się rajskimi rozkoszami z setką oblubienic, dana mu będzie potencja sześćdziesięciu mężczyzn. Przewyższałby w tym względzie nawet Mahometa na ziemi, który - jak głosiła wieść gminna i zapewniał pisarz Ibn Sad - obdarzony był potencją czterdziestu mężczyzn, a to za sprawą specjalnej potrawy zesłanej mu przez boskiego wysłannika, Archanioła Gabriela. Boskie istoty wpływają korzystnie nie tylko na potencję: ten sam Gabriel przyniósł Mahometowi wcześniej Koran.

Lecz nie u wszystkich ludów w Azji Środkowej dziewictwo bywało tak cenną relikwią. U koczowników przemieszczających się w górach Pamiru i Tienszan i zamieszkujących w jutrach dziewictwo nie odgrywa szczególnej roli. Wiąże się to z odmiennym systemem dziedziczenia oraz... potrzebą rąk do pracy. Nawet obecnie może się przydarzyć, że podróżnik bywa uwodzony przez córkę gospodarzy, którzy - choć przebywają w tej samej jurcie - nie protestują przeciwko aktowi miłosnemu. Owoc takiego związku jest przyjmowany jako prawowity członek rodziny, choć pamięć o ojcu w dalekich krainach już dawno zaginęła.

Czasy radzieckiej okupacji, za którymi tęsknie wzdychają tutaj niemal wszyscy, tylko w pewnej mierze zmieniły stare muzułmańskie i przedmuzułmańskie zwyczaje.

 

Obecnie prawodawstwo republik środkowoazjatyckich takich jak Kirgistan nadal - a jest to pozostałość po czasach radzieckiego imperium - gwarantuje równość wszystkich obywateli, choć idei równouprawnienia płci nie jest wymienia się osobno w konstytucji. Złośliwi mogliby nawet dowodzić, że płeć “mniejsza” jest uprzywilejowana: kobiety nie podlegają karze śmierci, a w prawodawstwie (Kodeks Karny i Ustawa o ochronie zdrowia) wprost zakazuje się przyczyniania się do przedwczesnej śmierci kobiet chorych śmiertelnie; zakaz ten milczeniem zbywa los mężczyzn w podobnych sytuacjach.

Równouprawnienie jest tylko pozorem i dalekim echem starych dobrych radzieckich czasów. W samym Kirgistanie, uważanym za najbardziej postępowy kraj w Azji Środkowej, udział kobiet w parlamencie i władzach lokalnych zmalał dwudziestokrotnie od upadku ZSRR, a spośród 60 przewodniczących rad powiatowych tylko 1 jest kobietą. Na zrusyfikowanej północy wokół stolicy Biszkeku, udział kobiet w ciałach samorządowych oscyluje wokół 40%, podczas gdy na konserwatywnym, muzułmańskim południu - wynosi niespełna 25% (średnia w Kirgistanie to 34,3%). Dostęp kobiet do polityki ograniczają nie tylko odżywające uprzedzenia religijne ale także znamienny fakt, że pod względem oskarżeń o korupcję większość stanowią kobiety.

Wraz z upadkiem ZSRR sytuacja kobiet radykalnie się pogorszyła, ich rola społeczna obniżyła, a bezrobocie w większym stopniu dotyka kobiety niż mężczyzn. Do szkół ponadpodstawowych wśród ludności miejskiej uczęszcza 88,3% mężczyzn i 80.6% kobiet, a wśród ludności wiejskiej odpowiednio 86,4% i 76,8% (dane z sierpnia 1998 roku). Te dane i tak są budujące, gdy porówna się je np. z Afganistanem, gdzie jedynie 15% dziewcząt powyżej 15 roku życia umie pisać i czytać, chłopców - 47,2% (przy średniej 31,5%).

22% wszystkich kobiet z powodzeniem zajmuje się handlem. Handlują niemal wszystkim: żywnością, odzieżą, lekarstwami, sprzętem elektrotechnicznym i domowym. Te, które odniosły największy sukces, z dumą mogą zaprezentować całą złotą szczękę i to one mają decydujący głos w domu. Ale to także kobiety stanowią największy odsetek drobnych przemytników narkotyków, które ukrywają w różnych zakamarkach szat i ciała.

Wzmogły się także inne negatywne zjawiska, takie jak prostytucja, przestępczość kobiet oraz swoisty nowożytny model niewolnictwa, o którym wspomina m.in. raport kirgiskiego Instytutu Równych Praw i Możliwości z 1998 roku. Zjawisko to dotyczy zarówno mężczyzn, jak i kobiet - przede wszystkim na wsi lub w grupach uchodźców w miastach. Odpracowując długi, robotnik zwany malaj lub szaru wykonuje przymusowe prace w gospodarstwie, w zamian nie otrzymując żadnej zapłaty. Kobiety spełniają funkcje pomocy domowej lub opiekunki do dziecka, a niekiedy wykonują przysługi seksualne i odpracowują zaciągnięte zobowiązania jako prostytutki. Dramatycznie pogorszyło się w kraju bezpieczeństwo i dotyka ono w sposób drastyczny także kobiet.

Razem z Gulnarą siedzimy na tarasie turecko-uzbekciej kawiarenki Istanbul Pastanesi w centrum Osz, gdzie podają tak smakowitą baklawę, jakiej się nie uświadczy w samej Turcji. Gulnara, studentka socjologii, stąd pochodzi; opowiada o historii i dniu codziennym swego rodzinnego miasta. Do tej pory nie może dojść do siebie po wydarzeniu, jakie miało miejsce ostatniej wiosny:

- Po odwiedzinach u przyjaciółki wracałam wieczorem do domu ulicą Kurmandżan-Datka kuczasi, biegnącą od samego centrum. Z piskiem zatrzymała się nagle tuż przy mnie szara wołga i rzuciło się na mnie dwóch mężczyzn. Tylko cudem się wyrwałam i uciekłam. Miesiąc później w podobny sposób trzech mężczyzn porwało moją przyjaciółkę, wywieźli ją za miasto i zgwałcili. Milicja w ogóle nie chciała z nią rozmawiać, mimo że potrafiła ona podać dane personalne jednego z gwałcicieli, syna polityka mającego powiązania z mafią - jak większość tutejszych polityków.

Zrozumiałym się staje, dlaczego oficjalne statystyki wskazują na stopniowy spadek przestępstw, których ofiarami padają kobiety, w tym gwałtów (dla porównania: w roku 1994 – 400 przypadków, 1995 – 362, 1997 – 231 itd.).

Organizacje na rzecz równouprawnienia, np. Instytut Równych Praw i Możliwości, której dyrektorem jest prof. A.H. Karasajewa, z nostalgią wspominają czasy gospodarki planowej, kiedy państwo radzieckie otaczało obywateli opieką, zapewniało bezpieczeństwo, a kobiety miały większe możliwości samorealizacji zawodowej. Jednak nawet obecnie we wszystkich gałęziach gospodarki kobiety w Kirgistanie stanowią niewielką większość: 50,8%. Najwięcej kobiet związanych się z edukacją i przemysłem ,także ciężkim.

 

Zgodnie z hasłem równouprawnienia, kobietom w Azji Środkowej zdarza się nosić wojskowe mundury. Zbliżam się pieszo do górskiego przejścia granicznego między Afganistanem a Tadżykistanem. Pojawienie się w tych rejonach obcokrajowca spoza obszaru dawnego ZSRR jest niespodziewane niczym lądowanie UFO. W jeszcze większe osłupienie wprawia straż graniczą, gdy UFO odzywa się swojsko: po rosyjsku. Strażnik puka w szybkę baraku, przywołując oficera dyżurnego. Z karabinem nonszalancko przewieszonym przez ramię wychodzi z baraku urokliwa Pamirka w mundurze. Bez zbędnych formalności podstęplowuje mi paszport i pyta:

- Napijecie się herbaty? A może wódki? - I zaraz wyjaśnia, nie ukrywając żalu, że w taki dzień musi pracować - Dziś są moje urodziny...

 

 

 

Tekst został zamówiony i przyjęty do druku przez tygodnik, jednak z przyczyn wiadomych tylko Redakcji nigdy nie został opublikowany (jest to pożałowania godna praktyka często stosowana w polskich mediach).