Warszawa, 5 października 2009 r.

 [oryginalny tekst, bez skrótów]

 

Ginąca kultura za dolinami talibów

Piotr Balcerowicz

 

Nasz furgon gwałtownie hamuje przy wtórze uderzeń drewnianej pałki o blachę maski. saty policjant szarpie drzwi i siada w szoferce obok mnie, tuż za przerażonym kierowcą.

Co tam ukrywacie?! Odsłani plandekę! - krzyczy.

- Wieziemy komputery – odpowiadam spokojnie.

- Gdzie ukradliście?!

Wali Khan siedzący przede mną wyjaśnia:

- Kupiliśmy. Tu są wszystkie rachunki.

Policjant przekazuje mi je z poleceniem: Czytaj!

Okazuje się, że nie umie czytać.

- Te rachunki są sfałszowane. Dalej z kradzionym towarem nie pojedziecie. Zdeponujecie towar na komisariacie. Jesteście aresztowani.

Zawiesza głos: No, chyba, że macie inną propozycję...

Rozmowa odbywa się w urdu, a policjant bierze mnie z początku za Pasztuna - z brodą, ubranego w salwar-kamiz, w białej czapeczce topi zakładanej zwyczajowo do modlitwy. Zawsze też siedzę na drugim siedzeniu za kierowcą i nie opuszczam samochodu. Jedziemy we czterech: kierowca Amdżad i jego zmiennik Habib z sąsiedniej doliny, Wali Khan – nauczyciel z plemienia Kalaszów, dla których wieziemy komputery i system baterii słonecznych, oraz ja - wtopiony w lokalny koloryt.

Podaję paszport policjantowi i wyjaśniam:

- To są moje komputery. Wiozę je w darze dla szkoły.

Policjant nie daje za wygraną:

- Jakiej szkoły? A gdzie jest pozwolnienie?

- Pozwolenie na co? - dopytuję się.

- Żeby móc podarować te komputery! Na wszystko musi być pozwolenie. Nie ma? No to musicie zostawić komputery w komisariacie do czasu uzyskania pozwolenia... A pozwolenie kosztuje... Sami rozumiecie, prawda?

Wali Khan blefuje:

- On pracuje w ambasadzie, jedziemy z oficjalną wizytą.

Ja zaś pytam o nazwisko. Policjant w końcu daje za wygraną i puszcza nas bez bakszyszu.

Ruszamy. Ale dwadzieścia parę kilometrów dalej sytuacja się powtórzy i będzie się tak powtarzać kilkanaście razy przez najbliższe dwa dni na trasie prowadzącej z Peszawaru przez Dolinę Swat i Dir. Nie uda nam się przejechać w jeden dzień, jak planowaliśmy.

Z policjantami jest jeszcze drugi problem: nigdy nie wiadomo, który z nich współpracuje z talibami. Telefony komórkowe sporadycznie działają, a w ten sposób można ich powiadomić – w nadziei na stosowną zapłatę - że trasą przejeżdża ktoś dla nich interesujący.

Cały ten obszar - od przełęczy Khajber po przełęcz Lowari - jest niespokojny. Minęło kilkanaście dni od czasu, kiedy pod koniec lipca władze Pakistanu zniosły godzinę policyjną i zakaz poruszania się po trasie między Malakandem a Dir. Jeszcze niedawno strzelano do pojazdów na tej drodze bez ostrzeżenia. Teraz uchodźcy mogą według zapewnień rządu bezpiecznie wracać do domów. Mimo to ruch na drodze jest niewielki i mało kto ryzykuje tędy przejazd. Drogę nadzoruje armia, ale niektóre odcinki na trasie są nadal okresowo kontrolowane przez talibów.

Czasem zatrzymują nas żołnierze, z karabinami odbezpieczonymi, gotowymi do strzału. Samochód gwałtownie hamuje. Szklano-metalowy panel słoneczny, lekko przymocowany na wierzchu komputerów, z impetem zsuwa się prosto na głowę Wali Khana - trzeba będzie lepiej zawiązać linki mocujące. Żołnierz zagląda do środka, sam otwiera tylne drzwi, zerka pod plandekę, ale nie interesują się pochodzeniem ładunku. Zadaje przenikliwe w swojej mądrości pytanie:

- Przewozicie broń albo materiały wybuchowe?

- Nie, nie przewozimy – pada w odpowiedzi.

Czasem nawet taka wartka wymiana myśli jest zbędna: ustawiona przy drodze wielka biała bramka skanuje zawartość samochodu.

Już dawno minęliśmy ostatnie przydrożne obozy dla uchodźców, położone na północ od Peszawaru. Do tych, które widziałem rok temu, doszło wiele nowych i nie były tak przepełnione. Tutaj znalazła schronienie ludność, która uciekła z terenów, przez które prowadzi nasza trasa. W zeszłym roku uchodźców było niespełna 300 tysięcy, w tym roku przez walkami uciekły 2 miliony mieszkańców z dolin Swat i Dir. Żywność dystrybuowana jest także w punktach bezpośrednio znajdujących się przy drodze. Organizacji zagranicznych niosących pomoc, pomimo wielokrotnie ponawianych apelów rządu pakistańskiego do świata, zupełnie tu nie widać. 40 kilometrów za Peszawarem w drodze do Mardanu ciąg obozów się kończy. Te tereny jeszcze dwa tygodnie temu całkowicie kontrolowali talibowie. Teraz zostali wyparci przez armię, choć regularnie powracają.

Szybko zbliżamy się do kolejnego punktu na mapie, wsi Czakdara. Z daleka informuje na swąd spalenizny, że dopiero co toczyły się tu walki. Za chwilę mijamy świeże zgliszcza spalonych domostw i wielki lej tuż przy drodze.

Amdżad, kierowca, który regularnie jeździ na tej trasie, przewożąc w swojej furgonetce pasażerów, wyjaśnia:

- Tu była stacja benzynowa: punkt zaopatrzenia dla talibów.

- Talibowie przynajmniej płacili za benzynę. A wraz z przybyciem armii właścicielowi nie zostało nic. - Habib dorzuca.

Drogę zagradza osmolona i pognieciona blacha falista: to resztki dachu zmiecionego podmuchem wybuchu. Zniszczonych wiosek mijamy jeszcze kilka.

Paradoksalnie, nie zawsze miejscowa ludność jest szczęśliwa z powrotu pakistańskiego wojska i policji. Codziennie znajduje się tu zwłoki cywilów, czasem po dwadzieścia kilka ciał. Nie wszyscy giną z rąk talibów - oskarżani o współpracę z władzami pakistańskimi czy szerzenie wartości nieislamskich. Niektórzy są zabijani przez tajne oddziały pakistańskiej armii, która w ten sposób eliminuje podejrzanych o udzielanie talibom schronienia. Oficjalnie rząd Pakistanu zaprzecza tym doniesieniom, ale tu na miejscu wszyscy wiedzą, jak się sprawy mają naprawdę. To właśnie do nich skierowane jest to ostrzeżenie, żeby w żaden sposób nie wspierać ukrywających się talibów.

Ludność zaczęła masowo opuszczać swoje domostwa dopiero wówczas, kiedy armia rozpoczęła wiosenną ofensywę przeciwko talibom. Jeszcze zimą mieszkańcy liczyli na to, że po walkach między pakistańską armią a talibami, które z przerwami trwały od jesieni 2006 roku, nastanie pokój po ogłoszonym 15 lutego br. przez talibów zawieszeniu broni. Bezterminowy rozejm z 24 lutego utwierdzał nadzieje na spokój. Jednak do tamtej pory zdążyło już zginąć ok. tysiąca cywilów – ofiar ostrzału prowadzonego przez armię pakistańską i działań odwetowych talibów. Ostatecznie rząd Pakistanu oddał Dolinę Swat we władanie talibom, którzy zaprowadzili nowy ład koraniczny, znieśli administrację państwo, ustanowili sądy koraniczne, a zlikwidowali państwowe. Wraz z przejęciem pełnej kontroli talibowie zamknęli niemal wszystkie 350 szkół, do których uczęszczały dziewczęta, a spalili niemal dwieście. W zamian obiecali zakończyć swoje operacje militarne i ekspansję na inne doliny. A jeszcze 28 stycznia podczas wizyty w Dolinie Swat głównodowodzący armią pakistańską gen. Ashfaq Parvez Kayani groził:

- W ciągu najbliższych dwóch tygodni odbijemy Swat.

Nie odbili. Doliny zostały oddane we władanie talibom. Okrucieństwo pierwszych drastycznych wyroków nowych sądów koranicznych wstrząsnęło opinią publiczną w całym Pakistanie. Dwa tygodnie po osiągnięciu porozumienia z rządem, 8 kwietnia, talibowie podjęli ofensywę w sąsiedniej dolinie, okręgu Buner, łamiąc tym samym warunki rozejmu.

Dopiero miesiąc później, 7 maja b.r. nastąpiła pierwsza stanowcza reakcja ze strony rządu: premier Yousaf Raza Gillani wezwał armię do podjęcia zdecydowanych działań, aby wyeliminować talibów z tych terenów. Po latach tolerowania, a często aktywnego wspierania ruchu talibów rząd Pakistanu zdaje się wreszcie rozumieć, że coraz lepiej zorganizowani talibowie, gdy porozumieją się z innymi zbrojnymi organizacjami fundamentalistycznymi działającymi na pozostałych obszarach Pakistanu, mogą doprowadzić do dalszego rozpadu kraju. Dalszego, gdyż Pakistan utracił połowę swoich mieszkańców i jedną piątą terytorium już raz w swej historii: w 1971 roku, gdy powstał Bangladesz.

Na początku maja ofensywa armii na tych terenach rozpoczęła się na nowo, a walki nie ustały do dziś.

Zmierzcha. Amdżad zwalnia i mówi przez ramię:

- Do końca doliny Dir jeszcze daleko. Nocą nie jest tu teraz zbyt bezpiecznie. Ciągle krążą talibowie, a nocą wojsko i policja nie kontrolują drogi. Mogą też strzelać, gdy nie widzą, kto jedzie.

- Do tego wczoraj, gdy jechaliśmy do Peszawaru, padał deszcz i górska droga na przełęczy na pewno teraz zamieniła się w błoto. Jest zbyt ciemno, a samochód może się łatwo zsunąć po zboczu. – Dodaje Habib.

- Niedaleko mieszka mój brat. Bez problemu możemy się tam zatrzymać. – Proponuje Amdżad.

‘Brat’ to znaczy po prostu dobry znajomy. Przystajemy na propozycję. Zjeżdżamy z głównej drogi i po kilometrze bezdroży, prowadzących w kierunku wsi Khongi, dojeżdżamy do domostwa otoczonego wysokim glinianym murem, z dala od drogi i ciekawskich spojrzeń. Rozprostowuję nogi po raz pierwszy od dziesięciu godzin.

Karim, nasz gospodarz, wita nas serdecznie i przyjmuje naszą wizytę jako oczywistość, nie zadając niepotrzebnych pytań. Gdy się już usadowimy na dywanie, częstuje nas zieloną herbatą i migdałami w cukrze. Po godzinie rozkłada na dywanie ceratę, która posłuży za obrus, na półmiskach przynosi jedzenie i wykłada płaski, prążkowany podłużny chleb. Rozmawiamy przy świetle lampy naftowej.

- Karim, cieszysz się, że talibów tu już nie ma?

- I tak, i nie. Gdy byli talibowie, było bezpieczniej. Przynajmniej do czasu, zanim armia nie rozpoczęła tutaj ostrzału.

- Dlaczego bezpieczniej?

- Talibowie szybko rozprawiali się z przestępcami. Ich sądy działały.

- To sądy państwowe nie działały?

- Ależ skąd! To wszystko skorumpowane. Kilka lat temu brat tutejszego nazima (zarządca okręgu) zajął kilka akrów ziemi należącej do mojego sąsiada, twierdząc, że ten zajmuje tę ziemię bezprawnie. Sąsiad poszedł do sądu z dokumentem własności, ale na niewiele się to zdało, bo sędzia jest przyjacielem nazima. Pod pretekstem próby oszukania władzy wsadzili go na kilka miesięcy do aresztu. Bez wyroku sądu, rzecz jasna. Teraz w marcu sprawa się zakończyła. Sąd talibów sprawę rozpatrzył w jedno popołudnie: ziemia wróciła do sąsiada, a tamtego spotkała kara.

- Przy talibach policjanci bali się żądać bakszyszu. – Włącza się Habib.

- To chcecie przez to powiedzieć, że lepiej by było, gdyby talibowie zostali? – dopytuję się.

- Też nie. Teraz nie ma tutaj żadnej szkoły. Gdzie mają się moje dzieci uczyć? A słyszałeś o tej historii w Kala Kalai?

historię z początku kwietnia już znałem. Karim kontynuuje:

- To nie tak daleko stąd. Wezwano elektryka, żeby coś tam naprawił. W domu były same kobiety, a sąsiedzi donieśli talibom, że między córką Czand Bibi a elektrykiem do czegoś doszło. Talibowie wywlekli ich z domu, oboje publicznie wychłostali, a następnie zmusili ich do ślubu. Potem Muslim Khan, rzecznik talibów, powiedział przez radio, że dziewczyna i tak miała szczęście, bo powinna zostać ukamienowana. To nie jest nasza tradycja!

Rzeczywiście mieszkańcy Swatu i Diru, zbulwersowani brutalnością krótkotrwałych rządów talibów na swoich terenach, z umiarkowaną satysfakcją witają pakistańską armię i powrót rządowej administracji. Dla nich to tylko mniejsze zło. Powraca wszechobecna korupcja, opieszałość administracji i wszechwładza policjantów, którzy wykorzystują każdą okazję, aby wymusić łapówki, czego my doświadczamy wielokrotnie na własnej skórze. Procesy sądowe ciągną się latami, wieśniacy nie mogą dochodzić swoich praw, gdy urzędnicy państwowi zagarniają bezprawnie ich ziemię, liczba przestępstw pospolitych rośnie, a policja przymyka na to oko. Wszyscy liczyli, że talibskie sądy koraniczne wnet rozwiążą zadawnione spory i zaprowadzą sprawiedliwość. I tak też zaczęło się dziać, choć mało kto z miejscowej ludności spodziewał się surowych wyroków w sprawach obyczajowych. Krótki okres władzy talibów zawiesił także obowiązywanie drakońskich praw, datujących się jeszcze na czasy brytyjskiej okupacji, dających policji prawo przetrzymywanie osób w areszcie przez trzy lata bez wyroku sądowego, a administracji prawo konfiskaty lub zniszczenia majątku osób bez wyroku sądowego, jedynie na mocy urzędowej decyzji. Wraz z armią powróciły te prawa.

Na co mało kto zwraca uwagę, ludność tych dolin od lat czuje się wyalienowana społecznie i polityczne. Region ten jest niedofinansowany, a pieniądze przeznaczane centralnie na jego rozwój przechodzą przez rodzaj ‘administracyjnego filtra’, który na każdym szczeblu decyzyjnym przejmuje dla siebie pewien ‘osad’. W rezultacie na rozwój prowincji już nic nie zostaje.

Uregulowania dotyczące działalności partii politycznych także od dekad sprzyjają politycznej alienacji tych obszarów plemiennych, które nigdy nie zostały administracyjnie i politycznie zintegrowane z resztą kraju. Od 1947 roku, czyli od początku istnienia państwa, obowiązywał tu zakaz działalności partii o zasięgu krajowym. Powodowało to, że partie lokalne nabierały charakteru fundamentalistycznego i skrajnie konserwatywnego, blisko wiążąc się z lokalnymi środowiskami przestępczymi lub religijnymi, co wzmacniało separatyzm i fanatyzm.

aśnie teraz, 14 sierpnia prezydent Pakistanu Asif Ali Zardari ogłasza decyzję, która ten stan rzeczy powinna w końcu zmienić: parlament ma przyjąć ustawę, na mocy której zakaz działalności krajowych partii politycznych na terenach plemiennych zostanie zniesiony. Zardari obiecuje, że w wyborach parlamentarnych w 2013 roku będą mogły one prowadzić kampanię wyborczą także na tzw. Terytoriach Plemiennych Administrowanych Federalnie (FATA), i startować z tutejszych okręgów.

Rano ruszamy dalej, kierując się pomału w stronę miejscowości Dir. Gdy wjeżdżamy na wzniesienie, Amdżad kręci gałką radia. Sygnał dość słaby, ale wystarczający.

- To „mułła FM”. – uśmiecha się Amdżad.

- Jak to „mułła FM”?

- Tak nazywamy radio talibów. Jest tego całkiem sporo. I tak nie ma czego tu słuchać, więc czasem słuchamy tego. Przynajmniej można się czegoś ciekawego dowiedzieć. Trochę mówią o religii, trochę o życiu, trochę o świecie. Bo tak to słucham w samochodzie w kółko tych samych pięciu kaset.

Państwowe radio i telewizja są w odległych dolinach niedostępne, brak źródeł informacji i rozrywki, więc lokalne odpowiedniki Radia Maryja wypełniają tę lukę. Nikt nie wie dokładnie, ile funkcjonuje takich nielegalnych przenośnych nadajników. Armia usiłuje walczyć z mułłami FM, instalując urządzenia zakłócające, ale w górzystym terenie ich skuteczność jest ograniczona. Jak informuje Pakistańska Agencja Nadzoru Mediów Elektronicznych (PEMRA), do tej pory udało się zamknąć 160 takich stacji nadawczych na terenach plemiennych graniczących z Afganistanem. Okazuje się, że wielu urzędników pakistańskiej administracji państwowej dorabia sobie, instalując je i oddając talibom. Koszt nadajnika waha się od 200 do 500 złotych.

W końcu, po niespełna dwóch dniach podróży, docieramy do przełęczy Lowari na wysokości 3118 metrów. Tu kończy się władza talibów. Zatrzymujemy się na krótki postój. Uderza nas zimny podmuch świeżego, górskiego powietrza. Po stromym zboczu poniżej naszych stóp spływa serpentyna aż do kamienistego brzegu górskiej rzeki. Liczę odcinki od zakosu do zakosu: siedemnaście. Dalej już okręg Czitral. Wali Khan, Amdżad i Habib wysiadają i oddychają z wyraźną ulgą:

- Już ciebie nie porwą.

Bynajmniej nie wyrażają w ten sposób troski o mnie. Wszyscy dobrze wiemy, że los schwytanych przez talibów na współpracy z obcymi jest nieodmiennie ten sam: kończą strzałem w głowę. Wiem o tym nazbyt dobrze. W ciągu ostatnich dwóch lat straciło w ten sposób życie moich dwóch kolegów, z którymi razem budowaliśmy szkoły w Afganistanie.

Wali Khan zaciera z radością ręce:

- No, to już tylko jakieś 6-7 godzin i jesteśmy w domu.

Późnym wieczorem docieramy na koniec świata, do wioski Krakal na końcu doliny Mumuret, jedne z trzech tzw. dolin Kalaszów, obok Rukmu i Biriu. Znane są one najczęściej w zanglicyzowanej wersji jako Bumburet, Rumbur i Birir. Od Krakalu do granicy afgańskiej jest tylko 7 kilometrów. Pomimo swego położenia jest to oaza spokoju, gdzie nie dociera wojna z Afganistanu ani talibowie z dolin Swat i Dir. Paradoksalnie, to tymi dolinami docierało zaopatrzenie dla afgańskich mudżahedinów walczących z Armią Czerwoną w Afganistanie w latach osiemdziesiątych. To tędy, zimą 1980 roku, uciekał z Afganistanu tamtejszy bohater narodowy Ahmad Szah Masud, słynny Lew z Pańdższiru, szukając schronienia w Czitralu. Tutaj też po raz pierwszy założył charakterystyczną czapeczkę pakol, z którą już się nigdy potem nie rozstawał - w dowód wdzięczności dla tutejszej ludności, która udzieliła mu schronienia i pomocy w potrzebie.

- Iszpata baya! –Z oddali słyszę głos żony Wali Khana. – Witaj bracie!

- Iszpata baba! – Witaj siostro! - Pruszt thi ai e, baba? – Jak się masz?

- Pruszt, khodayas meharbani! - Dobrze, dzięki bogu. – Tabiat pruszt e? – Jak twoje zdrowie?

- Pruszt, khodayas meharbani, baba! – Dobrze, dzięki bogu, siostro! Dura khajr e? – jak się miewa twoja rodzina?

- Pruszt, pruszt, baya! – Dobrze, dobrze, bracie...

Po dłuższej wymianie uprzejmości i powitań z dawnymi znajomymi Kalaszami, wypakowujemy z furgonetki nowiutkie komputery i system zasilania słonecznego. Są to pierwsze komputery, jakie trafiają do tych dolin.

Zmęczeni siadamy na kamiennym ganku chaty Wali Khana, przyklejonej do stromego zbocza, i posilamy się au, chlebem przypominającym raczej półmetrowej średnicy naleśnik, i czhamani, świeżym kozim serem. Ten zestaw pojawia się trzy razy dziennie, a urozmaiceniem bywa czasem żąu, chleb z domieszką zmielonych orzechów włoskich. W ciemności nieprzyjemnie pełga na czerwono żarówka, czasem kompletnie gaśnie. Wieszam pod stropem latarkę.

- Wali, czy w ciągu ostatniego roku pojawiły się może plany doprowadzenia prądu? – pytam się.

- Nie, skądże. Tak jak nie ma drogi i telefonu, tak też nie ma prądu. I nie ma planów.

- A ten prąd skąd macie?

- Parę lat temu Fundacja Aga Khana zbudowała malutką hydroelektrownię, tam w dole rzeki. Ale, jak sam wiesz, prąd dociera tu na parę godzin, i nigdy więcej niż 50-80 Volt.

To dlatego wieźliśmy z Peszawaru baterie słoneczne, które w tych dolinach pierwszym źródłem ‘normalnego’ prądu – niezbędnym dla naszego szkolnego centrum komputerowego. W dużym stopniu to eksperyment.

- Tutaj nikt czegoś takiego nie zna. – Dzieli się wątpliwościami Wali Khan. - Nie tylko tutaj. W całej prowincji wszyscy od zawsze używają generatorów. Może trzeba było nam kupić generator?...

- A wiesz, ile kosztuje paliwo?

- No tak, liczyliśmy to już parę razy w Peszawarze. Wychodzi co najmniej półtora dolara na godzinę dla tej liczby komputerów. Gdy będziemy używać ich średnio trzy godziny dziennie, to rocznie potrzeba ponad półtora tysiąca dolarów.

- Tyle właśnie kosztowały te baterie słoneczne razem z zasilaczem UPS.

- No tak, faktycznie nie stać nas na paliwo. – przyznaje Wali Khan. – A gdyby nas było stać, to i tak trudno je zimą dowieść do nas. Te baterie to przynajmniej jednorazowy wydatek.

- Jak wiesz, Naqib Szah z Peszawaru, gdzie je kupiliśmy, już od 7 lat z powodzeniem instaluje baterie słoneczne w Afganistanie. I działają bez zarzutu także w górach, gdzie też zimą pada śnieg i jest pochmurno całymi tygodniami.

- To prawda. Skoro tam to działa, to może też i u nas będzie działać...

O świcie, zanim Wali Khan rozpocznie lekcje w szkole, analizujemy, gdzie najlepiej i pod jakim kątem ustawić panele słoneczne oraz jak pociągnąć specjalny kabel do wielkich baterii, które muszą być ustawione blisko paleniska w jednym pomieszczeniu, które także zimą jest ogrzewane. To wspólna sypialnia całej rodziny. Wokół otwartego ognia, ponad którym prześwituje w dachu otwór – wylot na dym, ustawione są proste konstrukcje łóżek. Baterie słoneczne przestają działać w niskich temperaturach, a my chcemy, aby dzieci także zimą mogły się uczyć obsługi komputerów.

Po południu idziemy z Wali Khanem dołem doliny wzdłuż rzeki do muzułmańskiej Ajun, osady odległej o kilkanaście kilometrów, żeby umówić się z elektrykiem i stolarzem, którzy założą okablowanie pod komputery i zmontują stoliki i ławki. W drodze tam ktoś nas podwiezie, ale wracać trzeba już pieszo.

Na polach wzdłuż górskiego potoku pracują kobiety Kalaszów. Na tle wysokich pędów kukurydzy w swoich barwnych, bogato haftowanych, powłóczystych sukniach i z ciężkimi sznurami korali i paciorków zawieszonych na szyi wyglądają jak zwiewne motyle. Na głowie, na koczku splecionym z pięciu długich warkoczów, spoczywa szuszutr, zdobne nakrycie głowy z długim ‘ogonem’, wyszywanymi paciorkami, srebrnymi guzikami i muszelkami kauri, tymi samymi, które z Indii trafiły na kapelusze tatrzańskich górali. Widok Kalaszek zadziwia przybysza, który na pakistańskiej prowincji przywykł do tego, że przez całe dnie nie widzi się kobiet w ogóle, a jeżeli się już jakaś objawi, to jest skutecznie otoczona burką.

Kalasze to najbarwniejszy lud w Pakistanie, kultywujący odrębną tradycję religijną liczącą być może nawet 3-4 tysięcy lat. Dla kulturoznawcy i religioznawcy jest to żywa archeologia: kulty religijne Kalaszów, jedynego niemuzułmskiego plemienia w Pakistanie, i ich zespół wierzeń to pozostałości po okresie, zanim jeszcze nie wykształciła się w pełni religia wedyjska w Indiach i awestyjska w Persji. Są potomkami ludów indoeuropejskich, które przybyły na tereny Afganistanu w III tysiącleciu p.n.e., a które potem poszły dalej na wschód i zachód, dając początek Ariom i Persom. Plemiona, z których wywodzą się Kalasze, pozostały na terenie dzisiejszego Afganistanu i stopniowo zostały zepchnięte w niedostępne góry przez ludność muzułmańską. Spokrewnieni z Kalaszami Nuristańczycy – tradycyjnie zwani Kafirami, czyli niewiernymi – zostali siłą nawróceni na islam przez wojska amira Kabulu Abdur Rahmana Khana w latach 1880-tych. Ich świątynie i miejsca kultu zostały bezpowrotnie zniszczone a wierzenia i mitologia skutecznie wymazane. Kalasze natomiast przetrwali w jeszcze trudniej dostępnych dolinach, które zostają odcięte od świata na pół roku wraz z pierwszymi opadami śniegu. Żyją w warunkach skrajnie surowych, poniżej poziomu ubóstwa, utrzymując się głównie z hodowli kóz o owiec.

Gdy zapytać Kalaszów o ich rodowód, nieodmiennie odpowiadają:

- Wywodzimy się od Iskandara. To on dał początek naszym rodom.

I z dumą dodają:

- Podbić próbował nas Tamerlan, a potem Babur (założyciel dynastii Wielkich Mogołów w Indiach), ale im się nie udało. Nikomu nie udało się nas podbić.

Mit wywodzący początki plemienia od Aleksandra Wielkiego charakterystyczny jest dla wielu plemion na terenach Azji Środkowej, od gór Tien-szan po Karakorum, gdzie od dwóch tysięcy lat powtarzane były opowieści o dobrym, sprawiedliwym i mocarnym władcy, którego ucieleśnieniem jest Iskandar. W tradycji perskiej znamy te opowieści jako Iskandar-nama. Rodowód ten nie znajduje jednak żadnego potwierdzenia w badaniach. Odmiennego zdania są jednak greccy wolontariusze, którzy ulegli mocy tego mitu i od kilku lat przybywają tutaj, aby pomagać swoim ‘pobratymcom’. Wybudowali tutaj okazałe muzeum kultury Kalaszów. Ich siedziba znajduje się ok. 200 metrów poniżej drewnianej chaty, w której mieszkam.

Jak co wieczór, spędzamy chłodnawy sierpniowy wieczór na kamiennym ganku chaty Wali Khana razem dwoma nauczycielami języka kalasza, Iqbal Szahem i Barasem Khanem. Wali stawia na stole dwulitrową plastykową butelkę po Coca-Coli z mętnawym czerwonym ynem w środku.

- Co to jest? – Pytam.

- To da-as. Wino. - Komunikuje z dumą. - Nigdzie już o tej porze nie znajdziecie wina w naszych dolinach. Tylko u mnie!

- A skąd je masz? Z doliny Biriu? – Dopytuję się. Biriu słynie wśród Kalaszów z uprawy winnej latorośli.

- Nie. Tamtejsze winogrona są cierpkie. Jesienią przywożę owoce z Drosz. To dwie godziny stąd. – Zdradza swoją tajemnicę. – Tam jest niżej i cieplej, więcej słońca, więc winogrona są słodsze. Sam je wyciskam. Głowę dam, że wśród Kalaszów nie znajdziesz lepszego wina niż u mnie.

Wino daje się pić. Butelkę stopniowo wypełnia powietrze.

- A gdy wina nie ma, to co pijecie?

- Zawsze mamy coś mocniejszego. Pędzimy a to z kukurydzy, a to ziemniaków. Z czego się da. – Wyjaśnia Iqbal.

- Co na to muzułmanie – wasi sąsiedzi?

- Muzułmanie? Wszyscy piją. I to jak! Za wino zapłacą każdą cenę. Ale nie potrafią powiedzieć sobie ‘stop’, więc niechętnie im sprzedajemy.

Greccy wolontariusze są jednak głęboko przekonani, że znajomość produkcji wina u Kalaszów to najlepszy dowód na to, że są oni potomkami żołnierzy Aleksandra Wielkiego. Zapominają przy tym, że starożytni greccy kronikarze, którzy towarzyszyli wyprawie Aleksandra Wielkiego na Indie w IV w. p.n.e., odnotowują, że tutejsze ludy produkują wino. Spożywanie wina ma tutaj szczególny, religijny charakter i towarzyszy ważnym świętom. Niewykluczone, że rytualne wyciskanie winogron i składanie wina w ofierze zastąpiło jeszcze w starożytnosci ofiarę z somy, praktykowaną przed trzema tysiącami lat przez ludy aryjskie podczas ofiary wedyjskiej.

Wali, Iqbal i Baras, z którymi sączę wino, od lat robią wszystko, aby zachować kulturę i język Kalaszów. Kilka lat temu zaadaptowali na potrzeby ich języka alfabet łaciński, opracowali elementarz i podręcznik do nauki gramatyki. Środków na druk elementarza nie udało się zdobyć od rządu pakistańskiego - pochodziły z prywatnych darowizn. Pomimo kilku prób podejmowanych w przeszłości nikt do tej pory nie spisał ich podań, mitów i legend, od tysiącleci przekazywanych ustnie. Teraz razem opracowujemy projekt całościowej dokumentacji ustnej tradycji, ważnego źródła także dla lepszego zrozumienia źródeł także kultury perskiej i indyjskiej.

Trójka przyjaciół żali się:

- Zdjęcia naszych kobiet zobaczysz w każdym folderze turystycznym Pakistanu. Ale za tym nie idzie zupełnie nic, żadnej pomocy, żadnego wsparcia.

- A podatki, które są pobierane są przez policję od przyjezdnych przy wjeździe do dolin Kalaszów? Ponoć idą na rozwój waszych dolin. – Pytam się.

- Nie wiemy, dokąd one idą. Na pewno nie trafiają do nas.

- Jak ma się sprawa z nauczaniem języka kalasza? Uczy go przecież wasza trójka…

- No tak... Od lat staramy się, aby uruchomiono naukę naszego języka w szkole. Na próżno. My uczymy go za darmo po godzinach. Do niedawna Iqbal dostawał miesięcznie 100 dolarów od zagranicznej organizacji pozarządowej. Ale nagle się to urwało... Przestali się odzywać. I teraz znowu uczymy za darmo.

- To jakiego języka uczy się tutaj w szkole?

- Tylko urdu. – Odpowiadają zgorzkniali. – Rodzice nie chcą posyłać dzieci do państwowej szkoły, bo nauczyciele ciągle mówią o swojej religii – islamie, a w urdu czytają z naszymi dziećmi tylko teksty religijne. To żadna nauka. To propaganda religijna.

- Ale przecież rd Pakistanu mówi, że kultura Kalaszów to dowód tolerancji religijnej. – dopytuję się.

- To już znasz odpowiedź... – Wtrąca się Baras. - Od lat nasza społeczność prosi, aby zatrudniać naszych nauczycieli, którzy uszanowaliby naszą tradycję. Na próżno. Przysyłają nam nauczycieli muzułmanów, którzy podczas lekcji wyśmiewają nasze obyczaje.

- Ciągle ten sam problem. – Włącza się Iqbal. – Nasze córki zaczynają nakrywać głowę chustą na wzór islamski, bo nauczyciele mówią im, że ubierają się nieprzyzwoicie.

- Co gorsza – dodaje Wali – dzieci przynoszą ze szkoły opowieści o piekle i wiecznym potępieniu niewiernych i zaczynają się bać. Nie chcą być Kalaszami.

- Spójrz zresztą na fakty. – kontynuuje myśl Baras – W latach 1950-tych było nas 6 tysięcy. A teraz? Tylko 3 tysiące. Połowa z nas porzuciła naszą tradycję.

- No właśnie! Moja żona – wtrąca się Wali Khan – pochodzi z doliny Rukmu. Jakiś czas temu sąsiad jej ojca, powszechnie szanowany stary Saidaman, ostoja tradycji w Rukmu, uległ wypadkowi i trafił do miejskiego szpitala. Wrócił zdrowy, ale muzułmańscy lekarze opowiadali mu przez cały czas, że po śmierci będzie się smażył w piekle jako niewierny pies. My nie wierzymy w takie piekło, ale on się naprawdę przeraził... I został muzułmaninem. Musiał opuścić wieś Kalaszów.

- Dlaczego?

- Muzułmanie nie mają prawa mieszkać w naszych wioskach. Są nieczyści, bo nie praktykują naszych rytuałów oczyszczających.

Kulturę Kalaszów faktycznie cechuje silne poczucie czystości rytualnej. Uczestnictwo w pogrzebie, kontakt ze zwłokami czy choroba wymagają zawsze złożenia przez nich ofiary oczyszczającej. Co więcej, w okresie menstruacji czy na czas porodu kobiety muszą udać się do baszali, specjalnego domu poza wsią, aby krwią nie skalać terenu wsi.

- To chyba bardzo trudno podjąć życie na nowo Kalaszom, którzy przeszli na islam? – Wyrażam wątpliwość.

- Ależ skąd! – odpowiada Baras. – Tutaj działa wiele organizacji islamskich, które konwertytom dają niezłą zapomogę finansową. Starcza to nie tylko na budowę nowego domu, ale umożliwia kupno żyznej ziemi w dole doliny, tuż przy rzece, na co nas normalnie nie stać.

- Oni się wcale nie kryją z tym, że chcą nas wszystkich nawrócić – wtóruje Iqbal. – To samo się dzieje, gdy kupujemy w sklepikach. Nam sprzedają drożej, a ‘nowomuzułmanie’ kupują taniej.

- Ale dlaczego?

- Bo w sklepach handlują muzułmanie.

- Przecież wy także możecie otworzyć sklep. – sugeruję.

- Niby tak... – Zamyśla się Wali. – Ale wiesz… handel nie jest godnym zajęciem dla pasterza.

Moi rozmówcy są świadomi, że w tych warunkach ich starożytna kultura może bezpowrotnie zaginąć w przeciągu jednej-dwóch generacji.

Następnego dnia w drodze do Biriu, sąsiedniej doliny Kalaszów odległej o dzień drogi, przechodzę przez wioskę Gambar po drugiej, ‘nieczystej’ stronie rzeki. Mieszkają tam eks-Kalasze, teraz nazywający siebie ‘Sajid’.

Wzdłuż wyboistej ścieżki ciągnie się po obu stronach wysoki kamienny mur, który skrywa życie codzienne nowych muzułmanów. Nigdzie nie spotka się kobiet, zamkniętych za kamiennym murem. Wieś Sajidów przypomina twierdzę. Struktura zabudowy przestrzennej wskazuje nie tylko na zmianę stylu życia, ale i na nowe wzorce myślenia. Tradycyjne domostwa Kalaszów są otwarte, a ich odkryty ganek jest zaproszeniem dla wędrowca. Na stromych zboczach górskich dach jednego domu jest podłogą drugiego i sąsiedzi mogą odwiedzać s bez przeszkód. U Sajjidów wszystko zaryglowane jest przed obcymi.

W górę rzeki, po tej samej, ‘nieczystej’ stronie rzeki pod dwudziesto-trzydziestometrowej wysokości jałowcami kryją się porozbijane rzeźbione skrzynie z drewna o kolorze wybielałych kości. Przyprowadził mnie tu przed rokiem Wali Khan, a teraz czasem sam zachodzę do tego uroczyska. Gdy wówczas zapytałem, co tu się stało, Wali z przejęciem wyjaśnił:

- To było nasze cmentarzysko. Zmarłych chowaliśmy w trumnach, które stawialiśmy na podestach. Tym zacniejszym stawialiśmy także wyciosane posągi. Potem przyszli muzułmanie i wszystko zbeszcześcili, posągi i co ładniejsze trumny rozkradli, ze zwłok zerwali ozdoby.

Przez poszycie drzew przebijają się wąskie smużki światła. Dookoła walają się wśród połamanych desek w cieniu drzew przegniłe ubrania, ludzkie kości i rozbite czaszki.

- Musieliśmy odstąpić od naszej wielowiekowej tradycji. Teraz zmuszeni jesteśmy grzebać naszych przodków w ziemi, bez ozdób i rzeźbionych trumien, bo muzułmanie wszystko wygrzebią.

Dzisiaj, w przeddzień dorocznego obchodów uczau, święta dożynek i płodności, zjechało tutaj kilku pakistańskich turystów. Czasem docierają także turyści spoza Pakistanu, ale od czasu, gdy dojazd stał się niebezpieczny, to uległo zmianie. Gdy siedzę na wielkich granitowych głazach odgradzających rzekę od cmentarzyska, dochodzą mnie okrzyki.

- ai-dżai Pakistan! Dżai-dżai Peszawar! Niech żyje Pakistan, niech żyje Peszawar! – z oddali wykrzykuje machająca w moim kierunku trójka wyrostków, którzy dopiero co przyjechali tu z Peszawaru. Idą w poprzek cmentarzyska, stąpając po drodze po spopielałych kościach. Jeden z nich zatrzymuje się przy przewróconej trumnie, wygrzebuje piszczel, podrzuca parę razy w powietrzu i ciska przed siebie. Odchodzą. Nastaje cisza.

Rzeźby przodków Kalaszów, które ongiś zdobiły ich cmentarzyska i były ustawiane w górach w świętych miejscach, można zobaczyć w muzeum w Peszawarze. W trzech dolinach Kalaszów nie przetrwała już ani jedna.

Pomału kończy się lato. W chatach słuchać terkot maszyn do szycia. Kobiety przygotowują się do sierpniowych obchodów uczau. Zwyczaj nakazuje, żeby każda kobieta założyła tego dnia nową suknię. Święto to kończy formalnie dwumiesięczny letni okres, podczas którego dziewczęta rozglądają się za przyszłymi mężami. Wprawdzie formalnie decyzję podejmują rodzice, ale to dziewczęta bywają aktywną stroną, a swój wybór oznajmiają podczas nocnych obchodów uczau.

Nadchodzi świąteczny dzień. Za chwilę pójdziemy z Walim i innymi mężczyznami z wioski w góry piec chleb ondżeszta – ‘uświęcony’. Niby ten sam, co zawsze, ale teraz dzieje się wszystko odświętnie. Przed pieczeniem chleba na wielkich blachach musimy opłukać twarz i ręce, a w trakcie recytowane są modlitwy. W raz z zachodem słońca udajemy się do tarza pod otwartym niebem. Patriarcha jednego z zacniejszych rodów rozpala rytualnie ogień z drewna i igliwia jałowca. W ciemnościach rozchodzi się urzekająca woń jałowcowego dymu. Drobiny chleba i świeżo przyniesionego z pastwisk owczego sera zostają za pośrednictwem ognia przekazane ‘Wielkiemu Bogu’ Mahandeo, który pośredniczy między światem ludzi a najwyższym bogiem Khodai.

W kilkunastu koszach układamy święte chleby oraz grudki owczego sera, które poniesiemy w dół do wsi. Każdy mężczyzna, pan domu, dostanie jeden kosz. Wszyscy zostają obdzieleni sprawiedliwie. W tym samym czasie kobiety przyrządzają taki sam chleb, przeznaczony jednak tylko dla kobiet. Świętokradztwem było by spożycie go przez mężczyznę.

Docieramy do wsi. Z głównego placu, otoczonego kamiennymi podstawami, na których stoją drewniane chaty, dobiega nas dudnienie bębnów i śpiewy. Na dobre trwają tańce. Po okręgu tczą kobiety w szeregu. Wirują ubrane w świeżo utkane suknie, przyozdobione sznurami korali. Co zacniejsze mają na głowie zdobny muszelkami i starymi srebrnymi monetami kupas. W centrum kręgu stoi starszyzna. Przedstawiciele wszystkich klanów, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, intonują przy wtórze dwóch bębnów starożytne hymny i pieśni opiewające heroiczne czyny przodków. Około godziny trzeciej idę się zdrzemnąć na dwie godziny. Gdy powracam, na placu dalej wirują te same postacie, te same twarze. Tradycja nakazuje tańczyć dopóty, dopóki pierwsze promienie słońca dotkną ziemi na placu. Stromizna gór powoduje, że promienie docierają tu dopiero około dziesiątej rano. Można by pomyśleć, że ta dolina to oaza beztroski i spokoju, barwny raj na krańcach świata. Rzeczywiście Kalasze powtarzają od lat: „Nasze doliny to jedyne spokojne i szczęśliwe miejsce w Pakistanie”.

Wszystko odbywa się pod czarnym niebem, przy blasku lampy gazowej. Nurtuje mnie jedna rzecz:

- Wali, powiedz, dlaczego właściwie obchodzicie uczau dzisiaj, choć akurat wypada nów? Przecież tradycyjnie uczau był obchodzony podczas pełni księżyca?

- Tak, ale teraz zdecydowaliśmy się obchodzić nasze święto zawsze 22 sierpnia, żeby turyści mogli sobie to zaplanować. To dla nas jedyne źródło dochodu – obok naszych owiec i kóz.

Czas jechać do Peszawaru. Tym razem w pojedynkę. Do wylotu doliny odprowadza mnie tuż przed wschodem słońca Wali Khan. Na pożegnanie padamy sobie w objęcia:

- Khodajar, khodajar. Bóg ci przyjacielem.

Tym razem powrót do Peszawaru odbywa się sprawnie. Gdy przejeżdżam przez miasto, by podążyć z powrotem do Afganistanu, słyszę dwie eksplozje. To talibowie podłożyli dwie bomby u wylotu miasta.

Następnego dnia siedzę już bezpiecznie w Kabulu u Zabiego, mojego wieloletniego przyjaciela, z którym od kilku lat budujemy w Afganistanie szkoły. aśnie afgański kanał telewizyjny Szamszad poinformował, że dzień wcześniej na trasie mojego przejazdu oddział talibów wywlekł z samochodu i rozstrzelał na miejscu znanego dziennikarza ich stacji Dżanullaha Haszimzada.

- Miałeś trochę szczęścia... – Komentuje Zabi. – Dobrze, że przynajmniej u Kalaszów jest bezpiecznie i spokojnie.

- Tak, tam jest bezpiecznie. Za to Ty miałeś parę eksplozji w Kabulu w czasie wyborów...

Dwa tygodnie po moim wyjeździe z dolin Kalaszów Wali Khan wysyła mi krótką wiadomość: „Greka-sąsiada porwali”. Nasz sąsiad to Athanassios Lerounis, grecki wolontariusz przyjeżdżający do Kalaszów od lat i dbający o muzeum. Został porwany przez muzułmanów Nuristańczyków z sąsiedniej wsi Brumutul przy granicy z Afganistanem i odsprzedany talibom. Policjanta, który przybył mu na pomoc, zastrzelono.

W akcie desperacji, delegacja Kalaszów skierowała do rządu Pakistanu protest: „Nasze doliny Bumboret, Birir i Rumbur położone są przy samej granicy z Afganistanem, przez którą swobodnie przechodzą bandyci i przemytnicy. Rząd Pakistanu nie czyni nic, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo i uszczelnić granicę. To godzi w podstawy naszej egzystencji. Jeżeli rząd Pakistanu nie zapewni nam bezpieczeństwa, będziemy zmuszeni przenieść się do innego kraju”.

Tylko jakie góry ich przyjmą? Tatry?...

 

 

 

 

 

Tekst został opublikowany w magazynie Duży Format Gazety Wyborczej

3.12.2009, jako “Kalaszowie. Sąsiedzi talibów”:

http://wyborcza.pl/1,75480,7334076,Kalaszowie__Sasiedzi_talibow.html

 

 

Więcej o Kalaszach patrz:

http://www.orient.uw.edu.pl/edu/sub_txt/kalaszowie.html lub http://www.edukacjadlapokoju.org/sub_txt/kalaszowie.html